15: 2015-12-03 10:30   Żegnaj Boavista :(

Na miejsce postoju wybrałem kotwicowisko przy Tarrafal, na wyspie So Nicolau. Miejsce przyjemne, miasteczko obok, zatem wypadałoby je odwiedzić. Spuścilismy ponton, pieczołowicie przywiązany do pok...
Czytaj dalej

 
Żegnaj Boavista :(
2015-12-03 10:30
GPS: 16.753330 / -22.979800 (Palmeira, Sal)

Na miejsce postoju wybrałem kotwicowisko przy Tarrafal, na wyspie So Nicolau. Miejsce przyjemne, miasteczko obok, zatem wypadałoby je odwiedzić. Spuścilismy ponton, pieczołowicie przywiązany do pokładu jeszcze na Kanarach. Poszło sprawnie. Potem silnik - ciężki, z gatunku, jakich nie lubię, czyli najbardziej typowych, takich, które wiszą na koszu rufowym i wymagają niemałej siły, żeby je bezpiecznie przetransportować na dinghy.

Po pierwszych problemach z odpaleniem wreszcie zaskoczył. No to czas na rundkę próbną. Jeszcze tylko chwila zastanowienia, czy brać wiosła i biorę jedno, wygrzebane przez Artura z czeluści jednej z bakist.

Pierwsze odczucie - silnik bardzo ciężko idzie pod falę. Niby nieduże, ale trochę jakby mu ciężko było. Szedł, ale opornie. W połowie kółeczka silnik zaczął udawać trupa, co zresztą wychodziło mu całkiem nieźle, mimo moich usilnych prób namówienia go do współpracy. Ponieważ groźba znacznego oddalenia się od jachtu z resztą załogi a nastepnie sztrandowania na brzegu była całkiem realna, wziąłem pagaj w łapska i zabrałem się do pracy. Udało się. Przycumowany podjąłem jeszcze kilka prób, zakończonych niepowodzeniem. Zostawiliśmy silnik w spokoju, niech sobie odpocznie, a w podtekście, żeby przemyślał swoje zachowanie.

Po pewnym czasie Arur wziął go na spytki. Początkowo się opierał, jednak wreszczie się poddał i zaskoczył. Po kilku próbach na cumie przyszła pora na samopas. Okazało się, że kicha. Silnik wprawdzie nie zgasł, ale nie miał siły się poruszać (pod falę). Śruba się kręciła (w jedną i w drugą stronę, w zależności od wybranego kierunku), ale miała niemal zerową skuteczność. /Jak się potem miało okazać, winny był sworzeń (sprzęgło?), które zerwała prawdopodobnie poprzednia załoga wskutek zablokowania śruby poprzez np. zagrzebanie w piachu na brzegu, lub wkręcenie liny. W kazdym, razie, do nas trafił silnik niezdatny do użytku/

Podsumowywując: mamy ponton, ale nie mamy (działającego) napędu. O wiosłach można zapomnieć, bo problem już miałem z dopłynięciem 10 metrów :)

Początkowe zmartwienia rozwiały się wraz z pomyślnym zatrzymaniem rybaka, który wpływał do portu. Fela nawiązała konwersację, w której udało się wytłumaczyć panu, że mamy zepsuty silnik i uzgodnić, że zabierze nas na brzeg, a potem przywiezie z powrotem. Wsiedliśmy na łódkę, a po chwili byliśmy już na stałym lądzie. Umówiliśmy się za dwie godziny i poszliśmy szukać Policji Morskiej (czy jak tam to przetłumaczyć). Rejestracja trwała dosłownie chwilę i kosztowała 700 dolarów CV, czyli równowartość 7 euro. Mogliśmy już legalnie chodzić po wyspie. Patrole policji mijały nas wielokrotnie, za każdym razem machając do nas. Mili ludzie, nie? :)

O samym Tarrafal pewnie napiszę coś oddzielnie, bo będą też zdjęcia.

Tuż przed zachodem słońca postanowiliśmy rozpocząć dalszą podróż - tym razem w kierunku Boavista. Jest to wyspa leżąca poniżej Sal, czyli naszego końcowego punktu. Do wyboru mieliśmy dwie drogi - pierwsza, północna, zakładała ominięcie wyspy So Nicolau prawą burtą. Drugi wariant, to rozpoczęcie włóczęgi od razu na południe. Wiązało się to jednak z wejściem w obszar gorszych warunków wiatrowych i stanu morza (skutki ukształtowania terenu i efektu dyszy).

Wybrałem warian drugi, w efekcie czego, jak już weszliśmy w ten gorszy obszar, to rzeczywiście warunki były nieciekawe i wymagały ręcznego sterowania (autopopilot sobie nie radził). Sterowaliśmy ręcznie z Gosią na zmianę w sesjach 10-cio minutowych. Po jakimś czasie zastąpił mnie Artur, a ja poszedłem odpoczywać. Na mojej z Feli wachcie podregulowaliśmy nieco żagle i zmieniliśmy hals, żeby nabrać wysokości. Okazało się, że kąt martwy jest całkiem spory, głównie za sprawą fali i prądów. Rozpoczeliśmy zatem mozolną wędrówkę na północ. Po pewnym czasie stało się jasne, że o ile możemy odbić na Boavista, to problematyczna będzie potem wędrówka na Sal, miejsce, gdzie w piątek mamy zdać łodkę (problem czasowy, a nie wykonalności). O ile zdawałem sobie sprawę z przeważającego kierunku, z którego wieje wiatr, czyli z północnego wschodu, o tyle nie wiedziałem, że wspinaczka będzie taka ciężka - właśnie za sprawą fali i prądów. A jeżeli dodam do tego, źe czasem nakazywałem zmianę kąta do fali na łagodniejszy, bo trzepanie o falę stawało się nie do wytrzymania - zarówno jako percepcja zjawiska w kabinie dziobowej w niewyciszonej łajbie, jak i obawy o jej stan techniczny i jej możliwości - to odpuściłem Boavista i żeglowaliśmy dalej na północ, wprost do miejsca, w którym mamy zdać jacht.

Po 37 godzinach i kolejnych 190 milach, o 10:30 dotarliśmy szczęśliwie do Palmeiry na wyspie Sal. Tym samym, pod względem żeglugi, nasza wyprawa została zakończona, a marzenie mogę uznać za zrealizowane. Zostały jeszcze sprawy typu klar na łódce, wypełnienie papierków, formalne zdanie, odprawy i takie tam, ale pływać już nie będziemy. To prawda, że Wyspy Zielonego Przylądka kryją jeszcze przed nami wiele tajemnic, ale podstawowym założeniem było pokonanie tych 900 mil non stop, z dala od jakiegokolwiek lądu. I to - mimo przygód po drodze - udało się zrealizować w 100%. A tajemnice Cabo Verde? Cóż, jest po co tu wracać... za jakiś czas :)

Windyty 16.753330, -22.979800 z 2015-12-03 09:00

Wiatr:

Zafalowanie:

Ciśnienie: