Najnowsze wpisy są na samym dole, zatem wygodnie jest czytać całość, od góry do dołu :)
Jeżeli chcesz, to przełącz tak, aby najnowsze wpisy były na górze, a im dalej tym starsze :)
 
 
 
Plany, plany
2014-01-16 21:56
GPS: 39.639538 / 2.768555 Zdjęcia w Panoramio

A więc stało się. Decyzja podjęta. Płyniemy. No dobra, jeszcze ładnych kilka miesięcy, ale będziemy płynąć. A na razie zbieram wszystko co mi wpadnie w rękę o Balearach - zdjęcia, linki, relacje, mapy, miejscówki itp.

Fajnie jest, bo będziemy mieli dwa tygodnie. Startujemy z Ibizy, ale dwa tygodnie powinny nam wystarczyć, żeby zaliczyć Majorkę (mam nadzieję, że dookoła), Park Narodowy Cabrera, a może nawet Minorkę (ale tego już nie jestem pewien).

O samym parku można poczytać w Wikipedii oraz zajrzeć na MallorcaWeb (po angielsku).

Tym razem łódkę dostarcza Rumbo Norte

 
Cabrera czeka!
2014-09-08 19:00
GPS: 39.145270 / 2.932230 Zdjęcia w Panoramio

No i wreszcie się udało. Mamy już zarezerwowaną bojkę w parku narodowym Cabrera!

Mówiąc skrótowo - łatwo nie było. Przygotowując trasę wiedziałem, że muszę zarezerwować bojkę, żeby móc się zatrzymać na nockę. Z tego, co się doszukałem, to powinienem poprosić o to swojego armatora lub firmę czarterową. Z jakiegoś powodu nie mogę zrobić tego sam. Doczytałem też, że biorą za to "pośrednictwo" konkretną kasę...

Ja już mam swoją rezerwację. I zrobiłem ją sam. Aczkolwiek przyznam, że potwierdziło się wszystko to, czego doczytałem się w internecie. Nie jest jednak to takie straszne, jedynie problemem może być zdobycie dwóch informacji:

  • numer rejestracyjny łodzi
  • dane właściciela.

Mając powyższe możemy spokojnie zarezerwować sobie miejsce sami. Krótki poradnik:

  • Wchodzimy na stronę rezerwacji.
  • Wybieramy rodzaj łódki oraz jej długość.
  • Wybieramy datę oraz pod spodem długość pobytu (w dniach) - tu są ograniczenia długości
  • Przyglądamy się kalendarzykowi, czy są dostępne miejsca na wybrany przez nas okres.
  • Akceptujemy i przechodzimy do kolejnej strony gdzie musimy wpisać dane.
  • W pierwszej kolejności swoje, jako osoby występującej o miejsce
  • Potem dane łódki - i właśnie teraz potrzebujemy m.in. jej numer rejestracyjny, model oraz port macierzysty. Ja te informacje uzyskałem bezpośrednio od armatora (miałem o tyle łatwiej, że tym razem czarterujemy bez pośredników).
  • Następnie dane właściciela łódki - tu już było łatwo, bo skoro płaciłem armatorowi, to miałem też fakturę z jego danymi :)
  • Na koniec zaznaczamy, że zapoznaliśmy się z warunkami i że nasze dane mogą być przekazane dalej odpowiednim służbom.
  • "Next screen" i już płacimy :) Tu jedna uwaga - mimo, że kwota była podana w EUR, to była podana także w PLN. Przy czym, nie było wyboru waluty. W każdym razie, ja nie zauważyłem. W każdym razie, mimo, że podałem kartę EUR'ową, to i tak obciążyło ją w PLN.

A teraz najlepsze - robiąc rezerwację samemu zapłaciłem 16 EUR za łódkę do 12m w szczytowym okresie.

O samym parku można poczytać w Wikipedii oraz zajrzeć na MallorcaWeb (po angielsku).

Jest też także Day Trip to the National Park of Cabrera. Jak będzie w rzeczywistości - okaże się za 3 tygodnie :)

 
Sant Antonio i okolice
2014-09-21 23:00
GPS: 38.977100 / 1.299030 Zdjęcia w Panoramio

Pierwszy dzień pływania za nami. Choć jeżeli liczyć całość wyprawy, to już trzeci dzień, bo w czwartek wylądowaliśmy w Barcelonie, a następną noc spędziliśmy na promie na Ibizę. Jednak ani w Barcelonie, ani po drodze nie znalazłem czasu na napisanie czegokolwiek, dałem radę jedynie wrzucić kilka fotek na facebooka :)

Wczoraj to nawet chciałem coś napisać, bo pierwszą noc spędziliśmy w porcie. W końcu mieliśmy przespać noc normalnie (znaczy przepisowe kilka godzin) :) Jednak zasięg tutejszego internetu mnie powalił. Praktycznie żadna bardziej skomplikowana strona się nie ładowała. Jedynie prognozy poszły, a ściślej to numeryczne griby oraz przez dedykowane aplikacje, bez obrazków. Dobre i to.

No, ale wracając do meritum. Jak wcześniej wspominałem, łódkę czarterowaliśmy bezpośrednio od Rumbo Norte. Przyznaję, że jestem pod wrażeniem ich zorganizowania oraz tak, jestem zadowolony z usługi. Oczywiście, jeszcze wszystko przed nami (czyli dwa tygodnie na łódce oraz późniejszy odbiór), ale z tego, jak nas przyjęli, jak załatwiliśmy formalności oraz ze stanu łódki - jestem zadowolony.

Nockę przespaliśmy całkiem przyjemnie. Choć to Ibiza i faktycznie, dało się słyszeć muzykę, to jednak z pewnej odległości i nie była ona jakoś uciążliwa - powiem tylko tyle, że w Grecji, w Lavrio, ciężko przespać noc, bo disco, które tam gra z ogromną mocą kończy dopiero o 5 nad ranem.

Rankiem, skoro świt ruszyliśmy na podbój okolicy. Wprawdzie początkowo plany mieliśmy nieco inne, to jednak prognozy pogody na kolejną noc i poniedziałek nie były zbyt optymistyczne. Stąd postanowiliśmy pokręcić się po okolicy i na noc wrócić z powrotem do portu macierzystego. Tak też zrobiliśmy.

W ciągu dnia udało się nam jednak odwiedzić trzy zatoczki. W jednej z nich [Cala Bassa] popływałem (przy okazji obejrzałem sobie jak wygląda nasza łódka od spodu oraz pooglądałem kilka rybek). W drugiej [Cala Tarida] pływanie sobie darowałem bo widziałem kilka meduz, za to miło spędziliśmy czas i coś tam przekąsiliśmy.

Zanim zatrzymaliśmy się w trzeciej zatoczce, to odwiedziliśmy jeszcze jedną, ale nie mogłem się zdecydować na postój (marudziłem, że a to za głęboko, a to nie widzę dna, a to skały, a to wodorosty). W końcu Fela się wkurzyła i powiedziała, że nie to nie i wypad z baru :) Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Cala Gracio, gdzie zrobiliśmy test pontonu - zakończony pozytywnie, choć zostawiłem sobie na jutro jakiś drobiazg, żeby zgłosić do naprawy.

Przed zmrokiem wróciliśmy do Sant Antonio i zdążyliśmy jeszcze uzupełnić zapasy zaprowiantowania (niektóre rzeczy wzięliśmy "na próbę" bo nie wiedzieliśmy czy będą zjadliwe).

Jest jeszcze jeden powód, dla którego dzisiejszy dzień można zaliczyć do udanych - otóż odwiedziły nas delfiny :) Trafiliśmy na małe stadko (naliczyłem cztery), które trochę się z nami pobawiły, poskakały i "poprowadziły łódkę". I jak tu się nie cieszyć? ;-)

2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109 2109

 
Sant Antonio i okolice
2014-09-21 23:50

Udało mi się zgrać kilka zdjęć z telefonu dotyczących pierwszego dnia, zatem dorzucam :)

2109_2 2109_2 2109_2 2109_2 2109_2 2109_2 2109_2 2109_2 2109_2

 
Czekając na Kryspina...
2014-09-22 18:00
GPS: 38.977100 / 1.299030 Zdjęcia w Panoramio

Dzisiejszy dzień rozpoczął się oczekiwaniem na Kryspina, który z dwudniowym opóźnieniem miał rozpocząć swoją przygodę. W czasie, gdy ja oczekiwałem na jego przybycie, Fela udała się na zakupy do Ibizy (przy okazji - autobusy linii nr 3 jeżdżą za dnia co 15 minut a podróż kosztuje 2 EUR).

W międzyczasie udało mi się zgłosić do Rumbo Norte swoje uwagi, które zostały uwzględnione a drobne usterki od ręki usunięte.

Kryspin z lotniska dotarł do Sant Antonio linią nr 9 (koszt 4 EUR). Jechał dłużej niż się spodziewałem, bo blisko 50 min. W tym czasie wiatr przybrał znączaco na sile. Na tyle, że wznosił tumany kurzu i piasku z ulicy. Na szczęście niedługo gnaliśmy już w kierunku łódki. W zasadzie to obawiałem się o namiot, a ściślej o to, czy wiatr nie robi z nim co chce (znaczy nic dobrego ;)). Faktycznie okazało się, że przydałoby się go złożyć. Bardziej jednak się zdziwiłem siłą dociskającą nasz jacht do nabrzeża. Staliśmy na mocno (tak mi sie wydawało) wybranym muringu, a jednak odbijacze z tyłu pracowały... W dwie osoby poszło sprawnie i niedługo staliśmy już na dwóch, bardzo mocno wybranych linach. Od tej pory już odbijacze miały wolne.

W międzyczasie obserwowaliśmy sprawcę zajścia - niebo. To, co się działo na południowy wschód od nas można nazwać połączeniem nieba i ziemi. Ciemnogranatowe niebo zlewało się ze wzgórzem na horyzoncie. Miejscami trudno było rozpoznać, gdzie kończy się niebo. Wiem też co się tam działo, gdyż miałem swojego wysłannika. Wystarczyło kilka sekund, a Fela była całkowicie przemoczona...

Reasumując - decyzja o powrocie do Sant Antonio była słuszna.

2209 2209

 
Cala Portinax
2014-09-23 00:15
GPS: 39.111170 / 1.514680 Zdjęcia w Panoramio

Warunki atmosferyczne poprawiły się na tyle, żeby myśleć o wypłynięciu z portu. Plan był taki, żeby ruszyć na podbój Majorki, czyli realizować początkowe plany z drobną modyfikacją (start z Sant Antonio a nie z Ibizy). W sumie, to nawet dużo nie wydłuża to przebiegu. Tak czy siak trzeba się liczyć z przelotem ok 70 mil. Ostatnie sprawdzenie pogody, klar, plan i wypływamy.

O 19:45 opuściliśmy przyjemne miejsce, jakim był port macierzysty. Wyruszyliśmy na podbój Balearów. Prognozy ostrzegały przed prawdopodobieństwem burzy w nocy, co zdawał się potwierdzać podwyższony indeks CAPE. Planów "B" było kilka na wypadek, gdybyśmy zrezygnowali.

Pogoda była całkiem przyjemna, dało radę iść na żagielku, choć trochę mu pomagaliśmy silnikiem na pierwszym ząbku. Burze, które początkowo zaczęły się pojawiać na północy (choć miały dopiero przyjść z południa) zaczęły zanikać.

Jednak, gdy już mieliśmy opuszczać wybrzeże Ibizy przed nami zaczęło błyskać. Nie były to jednak wyładowania w chmurach. Coraz częściej waliło błyskawicą z góry na dół. Sytuacja była coraz gorsza zatem skierowaliśmy się do ostatniego bezpiecznego schronienia - zatoki Portinax.

Na miejscu zastaliśmy kilka łódek. Co ciekawe, tylko jedna z nich miała zapalone światło kotwiczne. Jedna z nich (co też jest ok, czasem nawet lepiej) miała nieco oświetlony kokpit. Oczywiście zauważyć je można było dopiero jak już byliśmy w samej zatoce. Na szczęście miejsca było jeszcze sporo i wiało trochę, zatem łódki były ustawione w jedną stronę. Dało radę zatem stwierdzić jak powinniśmy się wpasować, żeby tańczyć razem z nimi.

Rzuciliśmy kotwicę i rozpoczęła się wachta kotwiczna. Przez większość czasu nie padało, natomiast błyskało się dookoła. Potem trochę grzmiało. A jeszcze potem popadało. Aż w końcu przyszła ulewa.

Ulewa przeszła, a jej skutkiem był umyty jacht.

Z ciekawostek kotwicznych, to warto powiedzieć o ważnym aspekcie ustawiania się i wspólnym tańczeniu. Otóż z reguły mówi się o tym, że jachty ustępują sobie miejsca jak wiatr zmienia kierunek. Oczywiście to prawda. Mówią też o tym, że problemem jest fakt, że to tańczenie może być różne w zależności ile łańcucha kto wyda. To też prawda. Ale moim zdaniem, za mało zwracają uwagi na fakt jak wiatr zanika a są fale. A jeszcze lepiej, jak jest niezbyt duża zatoka, gdzie te fale zmieniają kierunek. Wtedy zaczyna się prawdziwy taniec - każda łódka kręci się w inną stronę, co oznacza, że bywają "momenty" w których łódki stają do siebie tyłkami. I jeżeli ustawialiśmy się "na zakładkę", to możemy mieć problem, gdyż okręgi wyznaczane przez promienie kręcenia łódki mogą na siebie zachodzić.

W naszym przypadku na szczęście było wystarczająco miejsca, ale chwilę to trwało, zanim się upewniłem, że z żadnym z sąsiadów nie grozi nam kolizja.

Zdjęć tym razem nie ma, bo to krótki opis, poza tym była noc. Zrobiłem nawet jakieś zdjęcia, ale tak kompletnie nieostre wyszły, niestety nic na nich nie widać.

No dobra, jakieś znalazłem "w miarę"...

2309-0015 2309-0015 2309-0015

 
Komu w drogę, temu na Majorkę :)
2014-09-23 21:30
GPS: 39.793770 / 2.691420 Zdjęcia w Panoramio

Jak już się przejaśniło i prognozy zachęcały do przelotu, to o 08:30 opuściliśmy nasze przemiłe miejsce noclegowe.

2309-2130-1

Razem z nami zatokę opuścił pewien niemiec, który też płynął na Majorkę, ale bardziej na południe (do Palma de Mallorca?). Udało mi się uchwycić ciekawy moment:

2309-2130-2

Trochę dało radę popływać na żagielku, choć po jakimś czasie wiatr przygasł i musieliśmy uruchomić katarynę.

Przepływaliśmy też przez akwen "zajmowany" przez stadko 10 delfinów, które chwilę z nami popływały, a potem zawróciły "do siebie". Później jeszcze dwa razy widzieliśmy po kilka delfinów, ale nie przypłynęły do nas (były w oddali). Nie wiem, czy to się liczy, ale z kronikarskiego obowiązku uważałem, że muszę powiedzieć :)

Burze, których świadkiem byliśmy w nocy zostały nad lądem. W sumie to cieszyłem się, że ruszyliśmy, bo za nami rozgrywały się ciekawe sceny. Mieliśmy przed sobą min. 50 mil, zatem mnóstwo czasu na obserwacje. Rozglądaliśmy się na wszystkie strony, bo z każdą chwilą chmury się piętrzyły, by potem przerodzić się w kowadło, a na koniec rozwiać i - najczęściej - wypadać. Dla mnie najbardziej były interesujące trzy chmury:

  • pierwsza - przed nami, nad północno-zachodnim krańcem Majorki.
  • druga - budująca się na lewo od nas, jako, że zgodnie z tendencją przesuwania się chmur może stać się "naszą"
  • trzecia - ta za nami, nad Ibizą.

Ta ostatnia była chyba najgorsza. Ciągłe wyładowania, widoczny deszcz spod niej oraz kowadło, które rozwiewało akurat w naszą stronę... Staraliśmy się nieco uciec, jednak my jesteśmy małą kruszynką i po jakimś czasie przykryła nam słońce.

Koniec końców chmura z tyły się podzieliła, wypadała, wygrzmiała i nawet kowadło się rozrzedziło, zatem słoneczko powróciło. Chmura przed nami (nad wzgórzami Majorki) podobnie, zresztą ten wzorzec pasował do wszystkich obserwowanych przez nas chmur.

2309-2130-3 2309-2130-3 2309-2130-3 2309-2130-3 2309-2130-3 2309-2130-3

Koniec końców dopłynęliśmy szczęśliwie do wybrzeży Majorki.

2309-2130-4 2309-2130-4

Początkowo planowałem zatrzymać się w jakiejś zatoczce na północno-zachodnim wybrzeżu, ale skoro dopłynęliśmy szybciej a byliśmy spóźnieni względem pierwotnego planu, to szliśmy dalej. Tym bardziej, że Kryspin pamiętał jakąś super zatoczkę, jak był tu w okolicy na Pogorii...

Gdy dopłyneliśmy, to się okazało, że to nie jest "ta" zatoka (choć nie uprzedzając faktów, udało się nam ją znaleźć następnego dnia). Podjąłem zatem decyzję by płynąć dalej - mieliśmy dwie opcje - albo zatoka Fornada albo jeszcze dalej - Port Söller.

Pierwsza opcja wyglądała ciekawie, jednak miejscówka okazała się niezbyt przyjazna na zostawanie na noc. Zjedliśmy kolację i skierowaliśmy się dalej do kotwicowiska koło portu Söller.

Północne wybrzeże Majorki okazało się być skalistym (choć z różną roślinnością - nie "gołe" skały), z ciekawymi formacjami - np. północno-zachodnia strona półwyspu Foradada wszystkim się nam kojarzyła z czaszkami i oczodołami... Niestety, zdjęcia nie mam :(, na pocieszenie kilka innych zdjęć z tego odcinka:

2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5 2309-2130-5

 
Nocna burza i tańce na kotwicy
2014-09-24 08:30
GPS: 39.793770 / 2.691420 Zdjęcia w Panoramio

Noc była ciekawa :)

Do Portu Söller dotarliśmy już w nocy, gdy było ciemno. Na kotwicowisku znaleźliśmy jedno miejsce, w które się wpasowaliśmy. Musieliśmy uważać, gdyż jednego z sąsiadów mieliśmy blisko. Zbyt blisko na bezpieczne tańczenie dookoła, ale wystarczająco na klasyczne tańce (opisywałem różnice wcześniej). Wynika z tego, że znowu czeka nas wachta kotwiczna :)

W nocy przyszła burza. Spodziewaliśmy się jej, natomiast ciekawa była jej obserwacja. Zresztą nie tylko tego, co się działo na niebie, ale łódek dookoła :)

Wraz z burzą przyszedł wiatr. Początkowo słaby, ale wykręcił wszystkie łódki o 180 stopni. A potem się zaczęło :) Wiatry całkiem całkiem w okolicach 20 węzłów. Wystarczająco silne, żeby naciągnąć łańcuchy kotwiczne. Lub też, by wyrwać słabiej zamocowaną kotwicę. Efektem końcowym tej całej roszady była zmiana pozycji naszego bliskiego sąsiada (któremu kotwica musiała puścić, ale potem na szczęście złapała ponownie) oraz nasza - choć tu nie w wyniku puszczenia kotwicy tylko długości wydanego łańcucha. Po prostu wywiało nas w nieco w bok a jak już przestało wiać, to wiatr już nie miał siły (ani pewnie ochoty), by przestawić łańcuch, który teraz już był inaczej ułożony na dnie.

W sumie można powiedzieć, że dobrze się złożyło, bo sąsiad ustąpił nam miejsca :)

Kolejną ciekawostką, którą zauważyłem, bo fakt, że ok. 5:00 rano, gdy jeszcze nie padało, ale już mocno grzmiało i waliły pioruny w okolicy (od strony morza), to z portu wyszły dwie jednostki - katamaran i jednokadłubowiec. Nie wiem czemu, ale być może się śpieszyli i nie bardzo mieli wybór, albo liczyli na to, że uciekną przed burzą.

I jeszcze jedno - jak już zaczynało świtać, a jeszcze padał deszcz, to w morze wyszło kilka kutrów rybackich - zakładam (choć to moja teoria), że są to sprzyjające warunki do połowu jakichś ryb, stąd ich wyprawa w czasie burzy.

Poniższe dwa zdjęcia to dwa sąsiednie kadry z filmu, który nakręcił Kryspin stojąc w zejściówce w czasie gdy zwiększałem siłę odbijającą na wypadek ewentualnego spotkania sąsiada :) Uchwycone w momencie rozbłysku kolejnego pioruna. Swoją drogą - świetny moment na szybką obserwację aktualnych pozycji łódek na kotwicowisku :)

2409-0830 2409-0830

I na zakończenie kilka zdjęć kotwicowiska i portu (rano, po burzy):

2409-0830-p 2409-0830-p 2409-0830-p 2409-0830-p 2409-0830-p 2409-0830-p

 
Zatoka Sa Calobra
2014-09-24 11:00
GPS: 39.858330 / 2.798330 Zdjęcia w Panoramio

Port Söller opuściliśmy o 9-tej i zdecydowaliśmy się na dalszy podbój Zachodu. Musieliśmy rozważyć, czy damy radę okrążyć Majorkę. Mieliśmy trochę spóźnienia względem planu, ale jednak nie aż takie duże, gdyż wczoraj udało się nam daleko pociągnąć. Koniec końców uznaliśmy, że tak, w razie czego reszta załogi będzie musiała gdzieś podjechać (na drugi tydzień powiększaliśmy skład osobowy).

Po drodze Kryspin odnalazł jednak zatokę, co to bezskutecznie poszukiwaliśmy jej dzień wcześniej (a którą odwiedził razem z Pogorią). I trzeba przyznać, że warto było tu stanąć. Miejsca nie ma za dużo, to fakt. W kwestii nocowania locja mówi, że tylko przy dobrych warunkach pogodowych. Ale czemuż nie zawinąć i się nie pokąpać? Jest mała plaża, jest też promenada, która w pewnym fragmencie wydrążona jest w skale. No i woda - czyściutka i cieplutka :)

2409-11-1 2409-11-1 2409-11-1 2409-11-1

Na koniec przyszedł czas na wygłupy. Znaczy przepraszam, na badania doświadczalne nad stabilnością pontonu - czy uda się go wywrócić wchodząc do niego, albo inaczej - czy da się wejść nie wywracając... A następnie... czy da się go ponownie odwrócić, czyli przywrócić mu podstawową funkcję :)

2409-11-2 2409-11-2 2409-11-2

 
Kotwiczmy przy porcie Alcudia
2014-09-24 18:00
GPS: 39.835870 / 3.131000 Zdjęcia w Panoramio

Naszym docelowym miejscem była wymarzona przez Kryspina zatoka, czyli wysepka z latarnią oraz kotwicowiskiem obok (Cala Aucanada: 39 50.0N, 3 09,8E), potocznie nazwana "zatoczką Kryspina". Jednak zrezygnowaliśmy z niej na rzecz kotwicowiska koło Portu Alcudia. Powody były dwa: pierwszy - za długo zabawiliśmy w poprzedniej zatoczce (i było już późno), a drugi - pogorszyła się pogoda i nie było sensu myśleć o kąpieli.

Zresztą, tu też ciekawa historia - ja poszedłem spać, a Felę z Kryspinem goniła burza. Dali zatem do pieca i... udało się uciec :) Kluczem do sukcesu było dotarcie do końca północnego wybrzeża Majorki, a następnie skręcenie w prawo na jej wschodnie wybrzeże. W ten sposób my na dół, a burza dalej prosto, w stronę Minorki.

2409-18 2409-18

Koniec końców dotarliśmy do zaplanowanego kotwicowiska. Gdyby ktoś jednak kiedyś planował się tu zatrzymać - to odradzam. Głębokości ok 2.7-3m, dno to trawa, która bardzo źle trzyma. Zachęciły nas do postoju stojące tu łódki. Coś mi jednak w nich nie pasowało, tylko początkowo nie mogłem tego sprecyzować.

Zrobiliśmy pierwszy test na wstecznym - standardowo na "jedyneczce" - jest ok, trzyma. Jednak na zwiększonych obrotach już nie, zrywało kotwicę. Ponieważ jednak prognozy nie zapowiadały katastrofy, a i poprzednie noce wpisywały się we wzorzec, że na noc wiatr przycicha (no, może poza ostatnią), to zdecydowaliśmy się zostać, jednak podjąć wyjątkowe środki ostrożności - obowiązkowa wachta oraz wspomaganie gps'owym alarmem kotwicznym. Do tej decyzji skłonił mnie też fakt, że było luźno a bezpieczne schronienie (port Alcudia) było tuż tuż.

Jak już stanęliśmy to zrozumiałem, co mi nie pasowało - te jachty nie stały na kotwicach tylko na muringach. Jak się potem miało okazać, to jakieś prywatne muringi, nie można ich zarezerwować czy wykupić na nockę.

No to idziemy spać/wachtować...

 
Przenosimy się w trybie pilnym do portu Alcudia
2014-09-25 02:30
GPS: 39.835870 / 3.131000 Zdjęcia w Panoramio

Nadeszła noc. Położyłem się spać, na wachcie zostali początkowo Fela z Kryspinem, a potem sama Fela. Początkowo wszystko układało się dobrze. Namiary się zgadzały, ogląd okolicy też. Nawet alarm kotwiczny siedział cicho. Choć akurat co do tego ostatniego nie byłem pewien - to pierwszy raz, gdy go zapuściłem.

Wtem... ijjju...ijjju...ijjjju... podrywam się raz dwa. Rzut oka na alarm - no tak, kotwiczny... Wyskakuję na zewnątrz i okazuje się, że już nie stoimy tam, gdzie powinniśmy. Powolutku, ale jednak, się przemieszczamy. Następnie wszystko potoczyło się w przysłowiowym mgnieniu oka. Silnik, kotwica góra, ucieczka na bezpieczną pozycję a w międzyczasie przeniesienie wszystkich odbijaczy na zagrożoną burtę...

Koniec końców odbijacze się nie przydały, a wywiewało nas na głębszą wodę, więc wszystko poszło gładko. Szybka decyzja o realizacji planu B - czyli wejścia do portu Alcudia. Już wcześniej dowiadywałem się, że jest wolne miejsce i jakby co, to się zgłosimy. VHF 9 (obsługa jest 24h), zgłoszenie i przekazanie sytuacji. Dostaliśmy miejsce przy stacji benzynowej, gdzie po chwili stanęliśmy. Całość ucieczki i przenosin do portu przy wietrze z porywami w okolicach 30 węzłów. Dostaliśmy jeszcze prąd i kartę do łazienki. I już mogliśmy odpoczywać po akcji, umyć się i pójść spać :)

Przy okazji - łazienki i prysznice super, kaucja za kartę 30 eur. Koszt postoju - blisko 50 eur (z podatkami, prądem, wodą, wifi) za łódkę 10.69m długości, 3.59 szerokości (współczynnik wyliczenia kosztu postoju).

Z pozytywów, które można zauważyć, to fakt, że alarm kotwiczny zadziałał. I że sprawdził się jako narzędzie wspomagające człowieka, bo sprawdza non stop, a nie co jakiś czas (choćby nawet krótki, to jednak z przerwami).

 
Przeprawa, którą długo się pamięta
2014-09-25 21:40
GPS: 39.540050 / 3.334780 Zdjęcia w Panoramio

Po ciężkiej nocy trochę pospaliśmy. Potem kąpiel, powrót do cywilizacji. Jakby nie było, przez ostatnie kilka dni nie staliśmy na stałym lądzie :)

Udaliśmy się też do sklepu w celu uzupełnienia zaprowiantowania (SPAR), a po drodze spotkaliśmy przygotowania do triatlonu, który miał się odbyć jakoś niedługo. Zresztą - poprzedniego dnia, gdy jeszcze staliśmy na kotwicy, zastanawialiśmy się co robią ci ludzie, którzy pływają w tę i z powrotem. I to zawsze trójkami...

O 13:00 zdecydowaliśmy się opuścić bądź co bądź miłe miejsce i schronienie. Jeszcze tylko zatankowaliśmy paliwo oraz wodę, żeby uzupełnić braki.

Zaraz po wyjściu spotykamy inną łódkę - jak stwierdziliśmy po banderce - polaków. Patrzę jak są ubrani, coby upewnić się, że nie powinienem się pozbywać założonego na wszelki wypadek sztormiaka. Oni - także pełne komplety. Czyli - zimno, deszcz, kiepskie warunki, albo... dowolna kombinacja powyższych :)

Krzyczymy do nich, pytamy skąd idą i jakie warunki. W odpowiedzi dostajemy, że z południa i że jest kiepsko, fale 4m. Od razu sobie myślę, acha... pewnie jakieś 2m, tylko tak rosną "w oczach" albo załogę trzeba podbudować, że żeglowali w 4-ro metrowych falach... Serio, tak pomyślałem...

Idziemy zatem dalej. Warunki faktycznie nie są przyjemne, bo deszcz, idziemy pod krótkie fale, ale góra metrowe. W miarę jednak jak opuszczamy zatokę sytuacja się zmienia. Znaczy pogarsza. Wprawdzie wiatr na stałym poziomie ok 16 węzłów, czyli żeglowny, to jednak fale... ups przepraszam. Dla mnie to były Fale przez duże "F". Jak do tej pory nigdy mi się nie zdarzyło zetknąć z czymś takim. Fale, które nacierały do nas pod kątem ok 30-45 stopni były niekiedy tak duże, że świata nie widziałem. Nie, nie wysokości burty, nie, nie wysokości równej tego, co patrzę jak stanę na łódce. Żeby zobaczyć jej szczyt trzeba było unieść głowę... Jedyne co było w tym pozytywne, że były one regularne, tzn. nie pojawiały się znikąd, tylko można było się wczuć w ich rytm. I jak szła, to wreszcie doszła (choć po prawdzie to niewiele było widać zza takiego grzbietu, co najwyżej jak się było "na szczycie". Całość wymagała ciągłej korekcji na sterze, uważania i dostosowania rytmu do fal. Łatwo nie było, ale Fela wykonała rewelacyjne przejście. Fale faktycznie miały 4m, a czasem to mam wrażenie, że trafiały się większe. Ale nawet gdyby, 4m to już dużo. Dużo za dużo w stosunku do tego, co bym sobie życzył...

Acha, zapomniałbym dodać, że dzień wcześniej Kryspin narzekał, że chciałby bardziej żeglarskie warunki. Nie wiem, czy Neptun postanowił spełnić jego narzekania z nawiązką, czy też po prostu się wkurzył, ale podziałało - Kryspin przestał narzekać :)

Walka z falami, ciągła korekta kursu i powolne przemieszczanie spowodowało, że bardzo wolno się zmierzaliśmy do celu (południowy wschód Majorki). To, że za dnia nie dotrzemy, to było pewne. Bardziej mnie zastanawiało ile tak wytrzymamy. Nadszedł czas decyzji - wracamy do Puerto de Alcudia, czy brniemy w to dalej. Żeby podjąć decyzję Fela podsuwa pomysł, żeby spróbować zmienić kurs na taki, jaki będziemy musieli obrać po opuszczeniu zatoki. Było to o tyle istotne, że wtedy zamiast iść pod falę (no, pod niewielkim kątem do niej), musieliśmy iść niemal z falą (w plecy/baksztag). Nasze poprzednie doświadczenia z (nieudanej) przeprawy do Monemwazji sugerowały, że sytuacja powinna wyglądać lepiej, stąd i rokowania wyższe. Wyczekałem na dobry moment i zmieniłem kurs. Okazało się, że... było całkiem przyjemnie :)

Po tak przeprowadzonym i pozytywnie zakończonym teście wróciliśmy na kurs i podniesieni na duchu kontynuowaliśmy podróż.

Gdy opuściliśmy zatokę i skierowaliśmy się na upragnione południe sytuacja rzeczywiście uległa poprawie. Przynajmniej na jakiś czas :) Tym razem kolejka sterowania przypadła na mnie i musiałem nauczyć się żyć z tym, co daje mi natura. Faktycznie, fala nacierająca od tylca oraz płynięcie mniej więcej z wiatrem dawało nieco oddechu. Kryspin został oddelegowany do ciągłego obserwowania rufy i pokazywania ręką kierunku nadchodzących fal, które przychodziły z różnych kątów - tak z zakresu ok 45 stopni. W zależności od ich wysokości starałem się korygować kurs oraz wychylenie steru (w szczególności ustawiać go na zero jak szła duża od tyłu, żeby po prostu nas uniosło a nie miało jakiś opór boczny, zachęcający do skręcenia łodzi.

Wszystko szło znakomicie. Po raz pierwszy przeżyłem wtedy momenty, w których raz byłem malutki zamknięty w dolinie fali, gdzie nic oprócz wody nie było widać. A wszystko po to, by po chwili znaleźć się tak wysoko, że wrażenie było jakbym wprowadził łódkę na dach jakiegoś bloku mieszkalnego. Przed łódką prawie nie było wody, dopiero gdzieś w oddali (znaczy fale, które nas wyprzedziły wcześniej). Wrażenia kosmiczne (przynajmniej jak dla mnie). Trzeba też dodać, że trzeba było być bardzo czujnym, gdyż kolejna taka fala pod innym kątem obracała nas i zaburzała stabilność.

Należy jeszcze odnotować, że dzięki temu, że wiatr wiał praktycznie nie przekraczał 16 węzłów, to nie zdmuchiwał ich wierzchołków. Nie były to zatem fale, które jak jesteś na górze, to nagle spadasz w dół. Na szczęście.

Po pewnym czasie morze postanowiło zmienić repertuar. Amplituda fal się zmniejszyła, ale za to, z racji mniejszej głębokości, zmienił się ich charakter. Teraz, w miarę przewidywalna fala (okres, kierunek i z czasem nawet wysokość) doszły nowe zjawiska - gwałtowne wypiętrzenie, załamanie i wypłaszczenie. To była już zupełnie inna bajka. Po pewnym czasie nauczyłem się obserwować powierzchnię i wyłapywać okoliczne miejsca - zawsze te same, gdzie co jakiś czas robiła się kipiel. W miarę możliwości starałem się je omijać, ale i tak ze dwa razy zaskoczyła mnie fala, która... wybudowała się dokładnie pod rufą. Efektem był niezbyt naturalny skręt łódki wraz z nieco większym przechyłem. Ale... wody burtą nigdy nie nabraliśmy. Raz było blisko, ale tylko blisko :)

A skoro o gwałtownie budujących się falach pod rufą... były też inne - też ciekawe. Ze względu na kształt dna taka fale miały różny czas życia. Czasem dłuższy, czasem krótszy. Potrafiła iść (jako fala) przez kilkadziesiąt metrów, ale potrafiła się zniknąć już po kilku/kilkunastu. Te też były ciekawe. Efektem bycia "na fali", która właśnie przestała istnieć był spadek w dół. Nie szliśmy w ślizgu, żeby wskoczyć na inną, a z (pewnie coś koło tego) 10 ton łódki raczej ciągnie do dołu niż pozwala fruwać. Tym bardziej, że nie mieliśmy skrzydeł :)

Podsumowując te dwa kawałki, to oba były ciężkie i wymagające uwagi oraz reagowania na zmieniające się warunki. Ciekawe doświadczenie i tak naprawdę bardzo budujące - chodzi o to, że łódka naprawdę świetnie dawała radę. Nasz Sun Odyssey z 2011 roku spisywał się znakomicie. Mam przeczucie, że Bavarką by bardziej rzucało, choć oczywiście trzeba by je postawić w podobnej sytuacji. Na pewno stabilność poprzeczna oraz kontrola kierunku były znakomite. Stan morza, który mam zapisany w dzienniku określiłem na 5, czyli pomiędzy 3.5 a 6m i uważam za rzetelny.

2509-21 2509-21 2509-21 2509-21 2509-21 2509-21

 
Odbiła nam palma :)
2014-09-26 18:30
GPS: 39.556170 / 2.625870 Zdjęcia w Panoramio

Przyjemny port Cristo opuściliśmy skoro świt, bo przed nami była długa droga... Zamierzaliśmy nadrobić opóźnienie, żeby na czas dotrzeć do Palmy. Ze względu na chęć odwiedzenia miasta i kilku innych czynników zdecydowałem się na zawinięcie do Palmy.

W południe minęliśmy przylądek de Salinas a w oddali majaczyła nam Cabrera.

Pogoda nie niosła ze sobą jakichś zagrożeń, ale też nie pasowało nam zdanie się na jej kaprysy wiatrowe, stąd wspomagaliśmy się silnikiem.

Do Palmy dotarliśmy po 18-tej, akurat jeszcze przed zamknięciem biura mariny. Po raz pierwszy w czasie tego rejsu spotkaliśmy taki ruch. Łódki mniejsze i większe pływały tu i tam. Jedne wchodziły do portu, inne go opuszczały, a wszystkie przecinały swoje kursy bez większych oporów.

Pozostało nam teraz zorganizować się na przyjazd pozostałych dwóch członków załogi. Z lotniska przyjeżdża autobus nr "1".

2609 2609 2609 2609 2609 2609

A na koniec uwaga i ostrzeżenie dla chętnych do stawania w Palmie. Otóż zarezerwowałem miejsce w "Club de Mar". Dowiedziałem się, że koszt, to będzie ok. 38 eur + podatki. Na miejscu niby wszystko według ustaleń. Gdy jednak przyszło do płacenia, okazało się, że niezupełnie się tak sprawy mają. Otóż oprócz znanej mi kwoty doszły opłaty za zużyty prąd i wodę (to jeszcze zaakceptuję, na szczęście były niewielkie), ale - o zgrozo - kazali nam zapłacić "opłatę za podłączenie prądu/wody" - taka jednorazowa, za to, że ktoś przyszedł i podłączył wtyczkę. Sęk w tym, że to kwota 35 eur!!! Płatna ponoć zawsze, bez znaczenia, czy 1 dzień czy cały rok. W ten sposób zamiast 60 eur zapłaciliśmy 110... Jak dla mnie Club de Mar w Palmie to podli naciągacze, bo wcześniej nie było mowy o żadnych dodatkowych kosztach.

Cóż, człowiek uczy się na błędach i od tej pory już zawsze sprawdzałem co jest wliczone a co dodatkowo płatne...

Jeszcze raz - przestrzegam przed praktykami Club de Mar

 
La Rapita - przystanek przed Cabrerą
2014-09-27 23:20
GPS: 39.358830 / 2.956870 Zdjęcia w Panoramio

Nieprzyjazną marinę Club de Mar opuściliśmy o 16-tej. To jedyne, co mi się udało "wynegocjować", gdyż "normalnie" powinniśmy ją opuścić o 12-tej, maksymalnie 13-tej. Ale z łaską, mogliśmy jeszcze wybrać się na choćby pobieżne zwiedzanie miasta i wypłynąć później. Z racji obowiązków i planowania zostałem na łódce, ale reszta mogła przejść się do Palmy.

Wyjście z portu odbyło się sprawnie, choć znowu ruch był całkiem spory - jak na pozostałe miejsca na Balearach :) Wiatr dopisywał, mogliśmy sobie pożeglować bajdewindem na pełnych żaglach.

Z ciekawostek, to o 22-giej czujne oko obserwatora wypatrzyło brak czerwonego światła nawigacyjnego. Niestety naszego :) Po przeprowadzonej inspekcji wyszło, że to nie kwestia elektryki tylko żarówki. Żarówki, której w ramach części zamiennych na łódce nie było. Zwróciłem na to uwagę podczas odbierania łódki, ale uzyskałem tylko odpowiedź, że jakby co, to zadzwonić i przyjadą. Sęk w tym, że po pierwsze to tylko w ramach Ibizy, a po drugie, to ja bym tę żarówkę potrzebował tu i teraz a nie jutro. Zastanawiałem się nad prowizorką lampy z dostępnych na łódce rzeczy, ale nic sensownego nie wymyśliłem. Wyjaśniając problem, który mieliśmy - ktoś, kto powinien widzieć czerwone światło (czyli, że widzi naszą lewą burtę) oraz białe światło silnikowe widzi tylko silnikowe, czyli tak, jakby widział statek od jego rufy. Czyli zamiast spodziewać się, że płyniemy w jego stronę, to światła mówią, że się od niego oddalamy... A jeżeli mielibyśmy tylko żagle, bez silnika, to wtedy taki statek w ogóle by nas nie widział.

Do miejsca docelowego zostało nam ok godziny, zatem postanowiłem zwiększyć czujność obserwacyjną i w razie czego korygować kurs, sygnalizować innym światłem lub podjąć inne kroki (w ramach potrzeb) jeżeli mielibyśmy statek, który powinien znać prawdę o naszym kursie. Radio, oświetlenie pokładu i/lub kokpitu, korekta kursu (aby pokazać zielone światło lub po prostu by zejść mu z drogi). Wzmożona czujność powinna wystarczyć, gdyż statków na Balearach to spotykamy jak na lekarstwo (poza samym podejściem do Palmy).

Godzinę później dotarliśmy do celu. Tym razem wybrałem łachę piachu koło portu La Rapita. Podczas podchodzenia zapytałem jeszcze na radiu, czy na pewno można stawać koło portu (miałem wątpliwości ze względu na informacje z Navionics'a). Po potwierdzeniu, że możemy przystąpiliśmy do kotwiczenia.

Samo stawanie odbyło się bez problemów. Woda była bardzo przejrzysta, tak, że mając zapalone światło na deku, widziałem dno, widziałem jak kotwica się na nim położyła i jak układał się łańcuch. Testy trzymania przebiegły pomyślnie, włączyliśmy alarm kotwiczny, zrobiliśmy namiary i poszliśmy jeść.

Noc przebiegła bez zakłóceń, wachta kotwiczna się nudziła. W nocy wiatr NE/E o sile do 11 węzłów (zgodny z prognozą), czyli akurat dla tego miejsca zupełnie fajne warunki. Jedynie czasem nami bujnęło od fali zrobionej przez przepływającą gdzieś obok łódkę.

2709 2709

 
Cabrera!
2014-09-28 20:00
GPS: 39.145330 / 2.933630 Zdjęcia w Panoramio

Wczoraj planowałem, że rano podpłyniemy pontonem do portu (La Rapita) i tam zakupimy przepaloną żarówkę. Jednak, z racji, że dziś niedziela i sklepy pozamykane oraz z faktu, że w naszą stronę idą brzydkie chmury a do Cabrery daleko nie jest, to o 8-mej opuszczamy kotwicowisko i kierujemy się na podbój południa.

Wiatr mieliśmy ze wschodu, co było zgodne z prognozą. Wiał jednak nieco bardziej, gdyż miał się rozwiewać do 20 węzłów, a zamykał 6-stkę (27 węzłów). Ale był stabilny, stąd i żegluga nie wymagała korekty żagli. Tylko kurs trzeba było dostosować do fal, które się wybudowały od wiatru na odsłoniętym morzu.

Do przebycia mieliśmy niewiele, bo raptem 13 mil wszystkiego i po trzech godzinach byliśmy na miejscu. Trochę kropiło, ale generalnie było ok. Tu mała dygresja odnośnie Cabrery - żeby pływać wokół wyspy (tylko po wyznaczonych obszarach!) wystarczy zezwolenie na nawigację (pisałem w innym poście jak uzyskać). Bezpłatne i ważne przez rok. W ramach takiego zezwolenia można także przycumować do większości dostępnych bojek - ale tylko za dnia - od godziny po świcie do godziny przed świtem. Żeby jednak zostać na noc trzeba zrobić rezerwację (lub liczyć, że będzie miejsce i opłacić na miejscu). Jak to zrobić - pisałem na początku relacji. Ważne - oprócz tego, że są zamknięte miejsca - to także fakt, że nie można kotwiczyć (należy korzystać z bojek). Jednorazowo, do głównej zatoki (z portem) może zacumować ok. 50 jachtów - liczbę tę wyznacza liczba bojek (mają różne kolory w zależności od dedykowanej łódki, która może przy niej cumować - głębokość oraz ciężar bloku trzymającego jacht).

Początkowo zamierzałem stanąć za dnia w zatoce l'Olla, znajdującej się na wschodnim wybrzeżu Cabrery. Jednak wschodni wiatr oraz fale, na które była ona całkowicie otwarta zweryfikowały moje plany i zrezygnowałem z tej atrakcji. Zamiast tego poszliśmy od razu do głównego portu. Miałem nadzieję, że to już koniec sezonu i znajdzie się jakaś bojka, do której będziemy mogli zacumować. Na noc mieliśmy rezerwację, ale chcieliśmy jeszcze postać w ciągu dnia zanim zaczynała ona obowiązywać. Nadzieje się spełniły, było całkiem sporo wolnych bojek, mogliśmy zatem nawet wybrać miejsca, gdzie się nam podobało.

Z ciekawostek - nie rozwiązanych do samego końca - nabraliśmy mnóstwo wody w zęzie - wylaliśmy ponad 12 wiader wody. Nie znalazłem źródła przecieku czy śladów przelania umywalki, zlewu czy dziurawych zbiorników na słodką wodę. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to dziura z tyłu łódki, powyżej linii wody. Była już taka, zrobiona przez kogoś wcześniej - a nie naprawiona. I być może jak goniły nas te ogromne fale kilka dni temu lub przy przechyle podczas przelotu na Cabrerę - po prostu nabraliśmy wody. To, że okazało się wtedy, że pompa zęzowa nie chce wybierać wody (bzyczy, ale nie działa), pompa ręczna tak samo, to już inna historia. Aż do końca rejsu monitorowałem sytuację i wody nie nabieraliśmy, stąd owa dziura jest dla mnie najbardziej podejrzana.

Pochmurna i deszczowa pogoda oraz ciągłe niedospanie zrobiły swoje i jak już staliśmy bezpiecznie, to położyliśmy się spać. To była dobra decyzja, bo potem pogoda się poprawiła i mając nowe siły mogliśmy je spożytkować na eksplorację morza oraz wyspy.

Zanim jednak tak się stało, to wybraliśmy się na brzeg. Miałem nadzieję na skombinowanie żarówki - wprawdzie nie ma tam żadnego sklepu (nie tylko żeglarskiego, ale żadnego), bo bardziej liczyłem na odkupienie od kogoś zapasu. Wariant awaryjny, to powrót do portu La Rapita w poniedziałek i dopiero wtedy przeskok na Ibizę. A, że mamy przelot ok 80 mil, to na bank będziemy też płynąć nocą i światło być musi (za dnia też musi, ale to inna para kaloszy).

Najpierw zapytaliśmy o żarówkę w biurze i w barze (jedynym na wyspie), ale nie mieli. Skierowali nas natomiast do patrolu, który miał niedługo przypłynąć (będzie sprawdzał, czy stojące tu łódki mają zezwolenie na nocleg). Kapitan patrolu pogrzebał w swoich skrzynkach, by w ostatnim pudełku, do którego zajrzał, znaleźć żarówkę. Otrzymałem ją w gratisie i byłem szczęśliwy, gdyż problemy światła miały zostać niedługo rozwiązane. W ten oto sposób mogliśmy się udać na zwiedzanie zamku (polecam, widoki super, także podczas zachodu słońca :).

Z ostatnich ciekawostek - nasze pokładowe wifi miało problemy z zasięgiem, natomiast w barze jest wifi (bezpłatne) i działa w bliskiej okolicy rozstawionych stolików (prawie wszystkich, znaleźliśmy takie, do których sygnał nie dochodził).

2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809 2809

 
Kurs na Formenterę!
2014-09-30 18:40
GPS: 38.778500 / 1.428370 Zdjęcia w Panoramio

Po dniu pełnym wrażeń i snurkowania mieliśmy spokojny sen. Tym razem nie było burzy, nie było chyba nawet deszczu, a, że byliśmy osłonięci od fali i wiatru, to było bajecznie. Drugi dzionek także postanowiliśmy spędzić w tym pięknym miejscu. Przed nami było 80 mil do brzegów Ibizy/Formentery, zatem 16-20 godzin pływania. Nie chcę dotrzeć w nocy, zatem mamy jeszcze trochę czasu. Wystarczy, że wyjdziemy o 16-tej. Tym razem jednak postanawiam wyciągnąć ponton z wody i umocować go na dziobie, przed masztem, a nie, żeby go ciągnąć za sobą. Z poprzednich prób wyciągania wiem, że siłą trzech chłopa nie wtargamy go przez relingi. Albo uszkodzimy siebie, albo stójki i/lub linki. Ale przecież od czegoś są kabestany. Z jego i korby pomocą wciągamy go na deck. Pieruńsko ciężki, choć to niby tylko plastik. Szybko jednak okazało się, że w środku... chlupie. Czyli chłopaki nabrali wody! Rozpoczynamy proces opróżniania. Wylewamy mnóstwo wody, kładziemy by woda z pływaków zeszła do innych komór i znowu podnosimy. I tak kilka razy. W efekcie okazuje się, że jak wcześniej było trzeba trzech chłopa, tak teraz jedna osoba może go podnieść... Na koniec porządnie przywiązujemy kilkoma linami tak, by nawet w przypadku złej pogody nie zwiało go nam z pokładu.

Jak się potem miało okazać był to strzał w 10-tkę. Opory generowane przez taki ciężki ponton ciągnięty na lince są jednak znaczne. Powiem tylko tyle, że teraz, na 1600 obrotów robiliśmy bez problemu 5 węzłów... Wyjaśniło się też czemu mieliśmy takie problemy ze stabilizacją przechyłu pontonu - jak się nie ustawialiśmy, to "poziomo" było tylko przez chwilę, potem był przechył. A to po prostu woda przelewała się z jednej strony na drugą - ot, taki ruchomy balast :)

2909p 2909p 2909p

Chwilę po 16-tej opuściliśmy przyjemy Park Cabrera i udaliśmy się na zachód, ku brzegom Ibizy i Formentery. Prognozy były dziś nieco łaskawsze niż jeszcze dzień wcześniej, gdy to zapowiadały ciągłe burze. Cabrera pożegnała nas drobnym deszczykiem a następnie tęczą :)

Ostatni rzut oka na piękny zamek, wyrastający niemal ze skał i w drogę

2909c 2909c 2909c 2909c

Po drodze czujna wachta nawigacyjna wypatrzyła w oddali delfina lub wielkiegooooo żółwia oraz ogromnego kormorana. Po zbliżeniu się do namierzonego obiektu okazywało się, że jest to wiecha, stawiana prawdopodobnie przez rybaków (lub kłusowników) - ot, kawałek drzewa z liśćmi :) Podrzejrzewam, że do takiej konstrukcji była doczepiona jakaś klatka lub inne tajne narzędzie połowu.

Początkowo szliśmy na żaglu wspomaganym silnikiem, ale potem musieliśmy je zrzucić i zostać tylko na silniku.

O 21:35 Kryspin dobrowolnie rezygnuje z kolacji. To dziwna sytuacja. Na tyle dziwna, że zasłużyła na swój wpis w dzienniku okrętowym. Dziwne i ciekawe, faktem jednak jest, że po 310 milach Kryspin rezygnuje z jedzenia...

Nad Majorką oraz Cabrerą błyska (wyładowania wewnątrz chmur). Co gorsza, przed nami też błyska. My jednak jesteśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy. Wprawdzie wiatru nie mamy, ale za to mamy piękne niebo pełne gwiazd i księżyc, który oświetla nam drogę. Z czasem jednak gwiazdy zanikają pod cienką warstwą chmur. Znak, że zbliżamy się do tego co przed nami. No właśnie... przed nami zaczęło się błyskać na poważnie. Co gorsza, nie gdzieś w niebiosach, tylko tak po ludzku, wali piorunami aż do ziemi (wody?). Jeszcze daleko, ale przecież mamy tam być o świcie...

Uzbrojony w wiedzę o froncie, który miał przechodzić nad ranem, rozkładem układów barycznych oraz przewidywanej drogi ośrodka niżu i aktualnego oglądu chmur i piorunów decyduję o podjęciu dwóch kroków - zmniejszenia prędkości (w końcu nic nas nie gna w paszczę lwa) oraz zmianie kursu nieco na południe (czyli bardziej w kierunku Formentery). Wszystko po to, by dać czas, aby niebiosa się wypadały i wygrzmiały :)

Podstęp się udaje i przed 9-tą docieramy do przesmyku pomiędzy Ibizą a Formenterą. Po drodze zaliczyliśmy dwa razy deszcz oraz wiatr, który w szczytowych momentach osiągał 25 węzłów. Ale był i powiał dalej.

Naszym docelowym miejscem miała być zatoczka na Isla Espalmador, gdzie znajdują się bojki, do których chciałem zacumować. Rezerwacji nie dało rady zrobić, bo aby zrobić przez stronę www to musiałbym zarejestrować łódź (a to już zrobił ktoś wcześniej i nie znałem hasła) a nie szło się dodzwonić (włączał się tylko faks po pewnym czasie). Ale tym się za bardzo nie przejąłem. Dopływamy i widzę, że są wolne bojki. No to łapiemy i stajemy.

2909-1 2909-1

I tu zonk. Plan był taki, że po nocnym, kilkunastogodzinnym przelocie będziemy mogli wszyscy odpocząć i bezpiecznie się przespać. Ale nic z tego. Nie możemy wyłączyć silnika. Wprawdzie udaje się go zatrzymać (przestaje kręcić), ale panel kontrolny nie reaguje na guzik "OFF", który to ma wyłączyć brzęczyk. Próbujemy kilkanaście razy, w zasadzie to próbują różne osoby, włącznie ze mną, bo przecież ja inaczej klikam niż inni, nie? ;-)

Koniec końców dochodzę do wniosku, że może to jakieś chłodzenie czy cuś i trzeba poczekać na wolnych obrotach. Dziwne, bo powinniśmy bowiem coś takiego zauważyć wcześniej, ale nie zaszkodzi spróbować. Czekamy kilka minut i znowu próba - nic. No to biorę telefon i dzwonię do RumboNorte. Zgłaszam problem, obsługa każe mi robić to samo, co próbujemy uskuteczniać. Bez rezultatu. No to do bezpieczników - odłączamy prąd. Pomogło. Ale nie mamy teraz prądu na jachcie. Włączam bezpieczniki i alarm znowu wyje :) Dostajemy polecenie udania się do Puerto Roig (na Ibizie), gdzie ktoś do nas podejdzie i spróbuje naprawić. Tak też robimy, zwalniamy bojkę i lecimy na wyznaczone miejsce.

Port Roig okazał się być kotwicowiskiem (port jest tylko w nazwie :)). Jak już dopływaliśmy (niecałe 2 godziny) to myślę, że będzie typowo, czyli silnik przestanie strzelać focha. Coż... prorocze myśli, bo silnik wyłącza się bez problemu. Melduję firmie czarterowej i uzgadniamy, że pokręcimy się po okolicy i w razie czego damy znać.

2909-pr 2909-pr

Korzystając z okazji chętni pływają w zatoczce, zwiedzają plaże i okoliczne skały. Następnie kierujemy się na plaże Ses Salines - taki kurort, ale przynajmniej możemy pozbyć się śmieci i wpaść do sklepu (w którym nic interesującego nie było :)). Podnosimy kotwicę i ponownie udajemy się w kierunku Isla Espalmador.

Docieramy przed 19-tą. Tym razem mamy pomoc przy cumowaniu - obsługa bojek na ribie podpływa, macha i poleca podążanie za nim. Po chwili czeka z naszykowaną cumą od bojki, a po drugiej chwili już stoimy. Wreszcie. Po ponad 26 godzinach znowu możemy iść spać. Zrobiliśmy 97 mil. I w tym momencie stwierdzamy - a może wypłyniemy i dobijemy do setki? ... :)

Tak się jednak nie stało. Wyszliśmy z Felą na brzeg zostawiając resztę załogi na pokładzie z nadzieją, że przygotują kolację (nie to, żeby dostali polecenie... sami chcieli :)). My tymczasem udaliśmy się na podziwianie wyspy i zachodzącego słońca. Taki romantyczny akcent na koniec dnia :)

2909m 2909m 2909m

 
"Malediwy"
2014-10-01 14:00
GPS: 38.778500 / 1.428370 Zdjęcia w Panoramio

Dziś wyjątkowo nie będzie opowiastki. Powiem tylko tyle, że spędziliśmy noc na "Malediwach", jak zwykliśmy nazywać ten zakątek (patrz GPS). W sezonie pewnie tu jest tłok, ciasnota i już nie tak pięknie, ale po sezonie... bajka. Mało luda, piękny piasek, woda, długa plaża, rozmaryn, ech... Spodobało się nam tak tak bardzo, że jak się potem miało okazać, to wrócimy tu jeszcze :)

Co do kosztów, to cenniki mówią o 30 eur za jacht 8-14m. My (staliśmy 2 razy) zapłaciliśmy za każdym razem po 14 eur, ale staliśmy tylko nockę (no, i trochę za dnia). Zawsze się też pytał czy noc czy cały dzień. Wygląda, jakby za samą nockę była taryfa ulgowa :)

A teraz zostawiam Was sam na sam ze zdjęciami...

0110m 0110m 0110m 0110m 0110m 0110m 0110m 0110m 0110m

 
Formentera
2014-10-01 19:00
GPS: 38.733650 / 1.415380 Zdjęcia w Panoramio

Środa zdecydowanie należy do Formentery. Po tym, jak już nacieszyliśmy się naszymi Malediwami wybraliśmy się na południe. Na wszelki wypadek zarezerwowałem postój w porcie, bo część załogi domagała się prysznicy i miasta. Brakowało nam też wody.

Początkowy plan na Formenterę zakładał opłynięcie jej dookoła. Jednak to okazało się nie być takie przyjemne ze względu na wschodni wiatr i falę. Postanowiłem podjąć próbę realizacji planu B z ewentualnym planem rezerwowym C.

Plan B zakładał, że płynąc na dół odwiedzamy port La Savina, tankujemy wodę a potem płyniemy dalej. Nocować moglibyśmy gdzieś na bojce, na kotwicowisku lub ew. wrócić do portu.

Plan C zakładał, że na noc wrócimy do portu La Savina, swoją drogą jedynego na Formenterze.

Gdy wpadliśmy do portu okazało się, że na stacji benzynowej wody nie zatankujemy, musielibyśmy stawać w porcie. Wtedy zrezygnowałem z planu B, w końcu miałem jeszcze w zanadrzu C :).

Popłynęliśmy zatem na południowy zachód, do zatoczki Salona, gdzie zjedliśmy obiadek, po czym grzecznie wróciliśmy do portu. Przyjemny był fakt, że udało się nam postawić żagle, gdyż do Cala Salona płyneliśmy baksztagami przy wietrze ok 13 węzłów, a wracaliśmy bajdewindami 13-20 węzłów.

O 19:00 dotarliśmy do portu, ściślej do Marina Formentera. Szybko załatwiłem formalności portowe, przerobiłem kabel zasilający (reverse polarity) i byliśmy gotowi aby udać się na spacer po mieście. Koszt mariny był zgodny z tym, co ustaliłem telefonicznie, czyli 46 eur (ze wszystkim: podatkami, prądem, wodą, łazienkami i wifi).

Z ciekawostek portowych, to znowu dostaliśmy miejsce przeznaczone dla większych jachtów, co samo w sobie nie jest niczym złym. Problemem, przed którym stanęliśmy, był muring. Był za krótki dla nas :) Obsługa kazała nam zaknagować linkę prowadzącą, która to dopiero była przymocowana do samego (grubego) muringu. Tak też zrobiliśmy, ale z racji, że nie podobało mi się to rozwiązanie, to jak sobie poszli to sobie go przedłużyłem naszą cumą. A ponieważ był zakończony pętlą, to było to banalnie proste i zrobiłem cumę nabiegowo od jednej knagi do drugiej, a linkę prowadzącą od razu utopiłem. Dzięki temu rano będziemy mogli bezproblemowo oddać muring, jednocześnie mając zapewniony spokój w nocy.

Już się nauczyłem, że jeżeli się z czymś nie zgadzam, to powinienem zrobić tak jak uważam, bo koniec końców, to ja za to potem będę odpowiadać. Tym bardziej, że zapowiadało się w nocy na burzę z wiatrem od dziobu. Ale ja już jestem spokojny.

0110f

 
Zwiedzamy Formenterę
2014-10-02 16:00
GPS: 38.664133 / 1.583808 Zdjęcia w Panoramio

Pisałem wczoraj, że środa należy do Formentery... Czwartek też :)

Wszystko za sprawą podjętych decyzji. Skoro nie udało się nam opłynąć jej dookoła, to przynajmniej zwiedzimy ją od strony lądu :)

Tu mieliśmy dwa plany - pierwszy wypożyczyć skutery, drugi - samochód. Oba środki transportu są szeroko dostępne w La Savina. Można nawet powiedzieć, że jest ich więcej niż kawiarni :) Powaga. Idziesz i co chwilę kolejna wypożyczalnia skuterów, motorów czy samochodów. Zdarzają się też rowery...

Jeżeli skuter, to elektryczny. Takie też tam były. Z rozmów z właścicielem wyszło, iż jest to odpowiednik spalinowych silników o pojemności 100 cm3. Ale dla mnie najważniejsze, że były ciche, ekologiczne i nie trzeba było tankować paliwa :)

To, co trzeba też zaliczyć na plus, to fakt, że w wypożyczalni zgodzili się, żebyśmy zrobili sobie rundkę próbną i potem zdecydowali - bierzemy czy nie. No to jak tu sobie odmówić takiej przyjemności, tym bardziej, że nic nas to nie kosztuje? :)

0210f1 0210f1 0210f1

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wariant samochodowy. Nad skuterem jeszcze popracujemy, gdyż może nawet dalibyśmy radę, choć przy dwóch osobach jest inaczej niż przy jednej. Koniec końców, wybraliśmy się na przejażdżkę autem. Postanowiliśmy odwiedzić wschodnie wybrzeże.

Przy okazji - koszt wypożyczenia skutera na 8h: 20 eur (spalinowy), 30 eur (elektryczny). Mogą na nich jechać dwie osoby, ale za drugi kask trzeba dopłacić piątaka. Koszt wypożyczenia auta: 60 eur (wszystko: auto, paliwo, pełne ubezpieczenie).

Na pierwszy ogień poszła Cala en Baste (38°42'9"N 1°28'39"E), gdzie w sąsiedztwie klifów i surrealistycznych krajobrazów zjedliśmy lunch...

0210f2 0210f2 0210f2 0210f2 0210f2 0210f2

Następnie udaliśmy się dalej, na południowy wschód, do najdalej wysuniętej latarni morskiej na Formenterze (Far de la Mola). Po drodze też było całkiem ładnie :)

0210f3 0210f3

Sama latarnia umieszczona jest na wysokim klifie, skąd jest piękny widok na morze.

0210f4 0210f4 0210f4

Odwiedziliśmy jeszcze plaże na południu (Es Arenals), ale okazała się być turystyczna, a nie dzika. To zwialiśmy :)

Do miasta wróciliśmy po 15-tej, zdążyliśmy jeszcze wysprzątać łódkę i o 16-tej, zgodnie z planem, wyruszyliśmy na północ.

 
Malediwy revisited.
2014-10-02 23:00
GPS: 38.779830 / 1.426970 Zdjęcia w Panoramio

Z całkiem długiego urlopu został nam już tylko jeden dzień. Ostatnią noc postanawiamy spędzić w naszym małym raju - na Malediwach.

Daleko nie było, w niecałą godzinkę dotarliśmy na miejsce. Ten sam scenariusz: marinaio na ribie wskazuje bojkę i cumuje łódkę. A potem na brzeg. Z Felą postanawiamy podjąć wyzwanie przejścia przesmykiem na Formenterę, podczas gdy reszta postanawia odwiedzić zamek widoczny na drugim krańcu wyspy.

Bardzo mi przykro, ale znowu będzie kilka fotek z tego przepięknego miejsca...

0210m 0210m 0210m 0210m 0210m 0210m 0210m 0210m

Na zakończenie nocnego radowania się otaczającą nas rzeczywistością udało mi się uchwycić jacht, który stał na kotwicy u wejścia do zatoki. Wyczekałem moment, w którym znalazł się w świetle księżyca i tak powstała ta oto fota...

0210m2

Fota była "z rąsi" z bujającego jachtu, więc tym bardziej jestem zadowolony z efektu :)

A to ten sam jacht, już rano następnego dnia:

0210m3

 
To już jest koniec...
2014-10-03 16:00
GPS: 38.977100 / 1.299030 Zdjęcia w Panoramio

To co dobre, niestety lubi się kończyć. Uczciwie muszę przyznać, że dwa tygodnie to jednak dużo większa swoboda wyboru kierunku, trybu wypoczynku (zwiedzanie/pływanie/nic nie robienie), margines na nieprzewidziane okoliczności (głównie pogodowe). Jest to też zdecydowanie większy zastrzyk energii niż tygodniowe (w zasadzie 6-cio dniowe, bo trzeba być już w piątek) pływanie. Oj, fajnie by było, gdyby udawało mi się wypuszczać tylko na takie (lub dłuższe!) wypady...

"Malediwy" opuszczamy krótko po świcie i płyniemy na północny zachód. Przed nami 25 mil, stąd kilka godzinek nam się zejdzie. Ale w międzyczasie, mam nadzieję, zatrzymamy się w jakiejś jednej czy dwóch zatoczkach - na śniadanie, czy takie tam.

Przed 11:00 zatrzymujemy się w Cala d'Hort na śniadanie - dziś jajecznica :) Nie śpieszy się nam, więc jej przygotowanie i zjedzenie zajmuje nam godzinkę. Okolice piękne - piękna zatoka z jednej, a z drugiej wyspa Vedra, która słynie z tego, że od naszej strony głębokość sięga 20m, ale z drugiej - 80m. Jest to jedno z ulubionych miejscu nurkowania, gdyż jest to okolica bogata w różnorodne zwierzątka morskie.

0310v 0310v 0310v

Zwijamy się i płyniemy dalej, trzymając się brzegu. Jak już chcieliśmy stanąć, to okazywało się, że np. za dużo turystów. A my raczej szukamy ciszy :)

0310d 0310d