Najnowsze wpisy są na samym dole, zatem wygodnie jest czytać całość, od góry do dołu :)
Jeżeli chcesz, to przełącz tak, aby najnowsze wpisy były na górze, a im dalej tym starsze :)
 
 
 
Plany, plany
2014-01-31 19:23
GPS: 37.933500 / 23.650400 Zdjęcia w Panoramio

Miała być Czarnogóra, a wyszło, że (znowu) będzie Grecja. Powód jest banalny - nie dało się (sensownie) dotrzeć do Dubrownika, skąd planowaliśmy wziąć łódkę. Zatem i plany musiały się zmienić. Szukając przyszła nam do głowy Grecja. Tak, żeby dać jej jeszcze jedną szansę. Poprzednio, na Cykladach trzy dni nas przytrzymało i albo nie było wiatru wcale albo był zbyt duży. W październiku, jak płyneliśmy z Lefkas do Aten to najpierw nas przewiało, potem było fajnie, a potem znowu wiatru jak na lekarstwo. Ale i tak było lepiej. Ciekawe, czy ten progres jest stały i czy tym razem będzie przyjemnie, np. stałe 15 węzełków :)

Startujemy z Aten, a naszym podstawowym celem jest Monemwazja. Po drodze jest Hydra, którą też zamierzamy odwiedzić. Tym bardziej, że dostałem namiary na Tawernę Zefiros, prowadzoną przez polkę. Polecenie jest z dwóch niezależnych źródeł. Zobaczymy jak będzie na miejscu :)

Tym razem łódkę (Bavaria 38 cruiser z 2008) dostarcza Kiriacoulis, za pośrednictwem Kubryka. Wygrała jakość obsługi klienta.

Kilka linków dla niecierpliwych:

 
Wylądowaliśmy
2014-04-19 03:00
GPS: 37.936344 / 23.946346 Zdjęcia w Panoramio

No to juz jesteśmy na miejscu. Przygodę czas zacząć. Co ciekawe, połączenie, które znaleźliśmy, to nasze linie LOT, które funkcjonują jak czarter. Lot był od 22:30, zatem wylądowsliśmy BARDZO wcześnie. Miło jestem natomiast zaskoczony, że autobus do Aten (nas interesuje X96, bezpośrednio do mariny - przystanek EDEM, ale do centrum jeździ jeszcze X95) kursuje całą dobę (w godzinach nocnych co 40 min).

Przy okazji okazało się, że autobus i taxi to obecnie jedyne połączenie, bo metro dziś strajkuje :). Ale metro i tak nam nie pasuje, bo ze stacji metra trzeba się przesiąść do tramwaju (żeby dojechać do mariny), a on już całą noc zapewne nie jeździ oraz cały zysk czasowy z metra jest gubiony na przesiadce i tramwaju. Lepiej bezpośrednim X96 :)

Jest też kawiarenka otwarta non stop (Auto-Grill), zatem mozna odpocząć na wygodnej kanapie :)

O samej łódce powiem więcej potem. Na razie zdradzę, że jest to dwu kabinowa wersja Bavarii 38 :)

 
Ciągle w marinie
2014-04-19 21:00
GPS: 37.914020 / 23.700980 Zdjęcia w Panoramio

Ciągle w marinie z powodu problemów z łódką, o których potem, teraz tylko kilka zdjęć typowych greckich trupów:

20-2100 20-2100 20-2100

 
Piiiii piiiiii
2014-04-20 04:00
GPS: 37.913950 / 23.701030 Zdjęcia w Panoramio

To był długi dzień. Najpierw nocny przelot, potem oczekiwanie na łódkę. Jak już weszliśmy (zakupy zrobiliśmy jak czekaliśmy) to zaczęło się przejmowanie, czyli poszukiwanie wszystkiego co powinno na łódce być.

W ten sposób odkryłem, że nie działa światło silnika na maszcie, brak baterii w automatycznej lampce, brak węża do wody, jednej podkowy, skrzynki narzędziowej i jakichś tam jeszcze drobiazgów. Najgorsze, że okazało się, że nie działa gniazdo zapalniczki 12V, a tu to podstawa, żeby mieć prąd, naładować telefon czy włączyć przetwornicę. Dodatkowo, nie było ciepłej wody. Jak się potem okazało była tylko jak chodził silnik, a z 230V już nie.

Z gniazdem zapalniczki próbowali walczyć, ale walka była nierówna i przegrali. Zrobili tylko obejście, że podłączyli ją do jakiegoś innego obwodu... I kazali poczekać do rana.

To oczywiście nie było nam w smak, ale co zrobić, problemy się zdarzają. Zostaliśmy.

W nocy budzi nas pisk. Wysoki pisk. W zasadzie to budzi F. a Ona zmusza mnie do podniesienia swoich zwłok... Oczywiście słusznie, bo okazało się, że piszczą ładowarki akumulatorów.

Jak spaliśmy coś nawaliło w skrzynce na zewnątrz i odcięło nam prąd. Zacząłem go szukać, ale mimo działania wszystkich bezpieczników i świecących lampek, prądu nie było. Pociągnąłem kabel do drugiej skrzynki i tam też były cuda. Pojawił się prąd, ale ... w odwróconej polaryzacji. Nic dziwnego, zdarza się, ale nie pomagało odwrócenie wtyczki (po podłączeniu przez std przejściówkę). W końcu znalazłem jakieś, gdzie sztuczka z zamianą działała. Jak ktoś wie dlaczego tak mogło być, że tylko jedno gniazdko znalazłem, gdzie w jednej pozycji jest revers a odwrócone było ok, to chętnie się dowiem.

Na koniec okazało się, że akumulatory nie ładują się z 230V, a tylko z silnika. Zostawiłem jeszcze silnik na kolejne pół godziny, żeby podładować baterie.

Dziwne wskazania ładowarek, wywalanie przez nie bezpieczników oraz wzajemne dziwne i niezrozumiałe dla mnie współdziałanie popchnęły mnie do zadzwonienia na linie alarmową (24h). Bez rezultatu, nikt nie odebrał. Nagrałem się na pocztę głosową, wysłałem sms'a. Zero odpowiedzi. Poszedłem w końcu spać. Trzeba mieć siły na kolejny dzień.

20-0400

 
Pasmo porażek...
2014-04-20 14:00
GPS: 37.913950 / 23.701030 Zdjęcia w Panoramio

Po przerywanej nocy nadeszła pobudka i nadzieja na lepsze jutro. Wstaliśmy przed 9:00, żeby być gotowym jak przyjdzie serwis dokończyć swoje prace. A przez noc trochę doszło, bo przecież coś jest walnięte z ładowarkami i/lub akumulatorami. Dodatkowo okazało się, że do jednego z akumulatorów nie były podłączone klemy i nie był zabezpieczony przed przesuwaniem.

Jak można oczekiwać po Grekach, o 9:00 nikogo nie było :) Nie zdziwiłem się jednak, tylko polowałem aż kogoś zobaczę. Wreszcie gdy upolowałem, to zacząłem go męczyć. Jak się potem okazało, trochę tego było. Suma sumarum, w pewnym momencie zaczął przeklinać. Ale nie uprzedzając faktów :)

Zagaiłem raportując nocne problemy. Pokazałem mu w czym rzecz. Stwierdził, że po prostu trzeba jeden bezpiecznik wyłączyć, drugi włączyć i będzie git. Mówię mu, że zaraz wywali... i wywaliło. Pomijając fakt, że nic przy nich nie grzebałem, więc dziwne, że nagle inna konfiguracja jest właściwa. Ale cóż, to On jest odpowiedzialny za tę łódź (jak się potem okazało). Pokazuję mu też akumulator stojący luzem. Okazuje się, że zamiast go podłączyć trzeba go wymienić. Wezwany osiłek za jakiś czas wymienił akumulator. Podłączył, a po mojej prośbie nawet zabezpieczył. Włączył bezpieczniki na ładowarce (tym razem wszystkie :)). Nie minęło więcej niż 10 minut... gdy poczuliśmy smród, a szybkie spojrzenie na ładowarki upewniło mnie o właściwych podejrzeniach. Ładowarka po prostu wypuszczała z siebie białoszary dym. Śmierdzący dym, tak jakby się coś tam fajczyło. Wyłączyłem wszystkie bezpieczniki i pomogło. Znaczy przestało dymić :) Ale prądu nie mieliśmy nadal.

No to poszedłem znowu do tego Stavro (tak na niego wołali) i mówię, że kolega zamontował, ale puścił wszystko z dymem. I nie pamiętam, ale to chyba wtedy padło pierwsze siarczyste greckie powiedzenie. Panowie wezwali posiłki i zaczęli radzić. Skracając i nie przynudzając - dwie ładowarki, z których jedna się fajczyła były do dodatkowych akku dla gps + radio. (Gwoli wyjaśnienia - tu tak jak poprzednio są dwa radia VHF zamiast jednego + EPIRB). Na szczęście podstawowa ładowarka, do akumulatora startowego oraz serwisowego była ok. Choć i ona niedomagała, gdy pracowały tamte.

Rezultatem prac było odłączenie obwodu jednego radia - wyłączenie akumatora, jednej ładowarki oraz przełączenie aktualnie zestawu na drugi komplet radia. Cóż - przynajmniej przydało się, że łódka ma dwa radia.

Niestety, w czasie gdy zacierali dłonie z zadowolenia przystąpiłem do kolejnego ataku. Chart plotter nie pokazywał mapy. Miał taką pixelozę 1cm x 1cm albo i większą. Pierwsze stwierdzenie - nie ma karty z mapą. To by tłumaczyło, czemu jej nie wyświetla :)

Myślicie, że przynieśli kartę i już po krzyku? Mam nadzieję, że nie zaskoczę Was zbytnio, bo nie :)

Ściślej mówiąc - kartę przynieśli, ale i tak nie zadziałała. Skończyło się tym, że przynieśli nowy odbiornik, bo ponoć tamten już nie chciał pracować z tym drugim radiem, na którego się teraz przełączyliśmy. Zaczęło się od zgłoszenia braku map, skończyło na nowym odbiorniku. Cóż, bywa.

Panowie zadowoleni opuścili łódkę, ale już po chwili musieli na nią wrócić. Powodem był oczywiście ten upierdliwy klient, któremu ciągle coś nie pasuje. Tym razem poszło o grzanie wody, które jak się okazało działało tylko wtedy, gdy chodził silnik. Ogrzewanie z 230V nie działało. Może nie tragedia, ale miło by było, gdyby jednak działało.

Stavro przyszedł, zanurkował przy w tylniej kajucie pod materacami. Słyszę jak ciągnie jakiś kabel, jakby próbował coś wetknąć. Po chwili mu się udaje, co od razu potwierdziła tablica kontrolna... wyleciały bezpieczniki :)

Stavro zadowolny wyszedł z kajuty, ciesząc się, że wykonał zadanie. Pokazałem mu tablicę... Wtedy pada kolejne greckie przysłowie. Oczywiście nie rozumiem greckiej łaciny, ale kontekst da się wychwycić.

Znowu pozwolę sobie skrócić opowieść i podam tylko ostateczny rezultat - wezwany macher najpierw wymienił czujnik (nie pomogło), potem grzałkę (nie pomogło), w końcu wymontował cały bojler i poszedł go naprawiać do warsztatu. To wreszcie pomogło. Zostało jedynie wybrać wodę z komory silnika, bo wskutek naprawiania bojlera był tam basen o głębokości kilkunastu centymetrów :) (pewnie powstał wtedy, gdy macher się dzwił, gdy odkręcona ciepła woda nie leci z kranu :)).

Jaki z tego dla mnie wniosek? Pan Mike (jeden z sympatyczny anglików, których spotkaliśmy w zeszłym roku na Cykladach) miał rację - Kiriacoulis nie dba o sprzęt, systematyczne wymiany oraz o klienta. Sprawdziłem w papierach łódki - ostatni wynajem był w październiku 2013, my w 2014 jesteśmy pierwsi. Mieli MNÓSTWO czasu, żeby wszystko po sezonie sprawdzić i naprawić czy wymienić. Zresztą, mam wrażenie, że coś tam robili, bo pewnie dlatego akumulator był przygotowany do wyniesienia, a bojler odłączony (podejrzewam, że ostatni klient zgosił jakieś problemy). Ale prace nie były skończone, co gorsza, łódka została mi przedstawiona jako gotowa do wypłynięcia. Zresztą, skoro ja wykryłem niepełne oświetlenie nawigacyjne, brak podkowy, bateri w lampie automatycznej (tej razem z podkową), brak mapy w gps'ie, czy inne braki w wyposażeniu - to Oni sami by to odkryli 100 razy szybciej - są fachowcami, a dodatkowo to ich praca.

Dla porządku tylko dodam, że na każdej łódce, którą ktoś brał, były jakieś problemy, zawsze był gostek na maszcie. W sobotę przypłynęła i stanęła koło nas łódka, która miała się zdać następnego dnia. Zgadaliśmy się z tamtą załogą i wyszło, że Oni też stali pierwsze 24 w porcie, bo... łódka nie była gotowa: począwszy od światła masztowego, przez bloczek prowadzący fał w topie masztu a kończąc na jakichś pomniejszych problemach typu sflaczały ponton czy zacinające się pełzacze przy grocie.

= = = =

Update: Jak wróciliśmy (ostatni dzień), to spotkaliśmy polaków na tej łódce. Sympatyczna rodzina z czterema małymi dziewczynkami i podnajętym skiperem, który na szczęście też był dokładny. Podpowiedziałem mu z czym mieli problemy niemcy, którzy zdawali łódkę. Okazało się, że z grotem jak było tak jest, ponton niby super, ale do rana sflaczał. Na szczęście nasz trzymał powietrze, więc po prostu nasz poszedł do nich. Szkoda tylko, że zrobili to dopiero, gdy następnego dnia klient o to poprosił, a nie zanim przyjedzie i sam wykryje, że coś nie bangla :(.

= = = =

Koniec końców, zrobili wszystko co znalazłem... do tej pory, bo jak się potem okazało, to nie był koniec :)

Godzina 14:00 to godzina szczęścia - opuszczamy Ateny!

Żeby nie było całkiem nudno kilka zdjęć z mariny:

20-1400 20-1400 20-1400

 
Wreszcie na morzu...
2014-04-20 20:00
GPS: 37.746090 / 23.427880 Zdjęcia w Panoramio

O ile Kiriakulis nie przywitał nas dobrze, o tyle Neptun był bardziej łaskawy i pozwolił nam na chwilę szczęścia, o której tak bardzo i tak długo marzyliśmy.

Od razu po wyjściu i zrobieniu klaru na pokładzie postawiliśmy żagle. Wiatr w okolicach 10-14 węzłów, półwiatr. Przyjemnie. Po postawieniu żagli robiliśmy 5.5 węzła. Pobawiłem się nieco, potrymowałem to i owo włącznie z delikatną korektą kursu i cieszyliśmy się przyjemną żeglugą z prędkością ok 7.5 węzła. Oczywiście robił się z tego bajdewind (jeżeli patrzeć na wiatr pozorny), ale nie było jakiegoś specjalnego przechyłu. Zupełnie akceptowalnie. I cichutko (jak się nie włączało autopilota, który trochę skrzeczy i jest bardzo głośny).

Tu - gwoli solidności dokumentatorskiej - słowo o żaglach: o ile nie starczy palcy u rąk, żeby policzyć wpadki firmy czarterowej, o tyle żagle są na plus - nówki sztuki. I po raz pierwszy widziałem w czarterowej łódce trymowanie liku wolnego. Linka wpuszczona w lik umożliwia jego naciągnięcie czy inaczej mówiąc naprężenie, to pozwala poprawić jego kształt, a to się przekłada na osiągi. To na plus.

Trasę na tę końcówkę dnia zaplanowaliśmy na najbliższą wyspę - Aeginę. Powodów było kilka. Po pierwsze - całkiem niedaleko, a nie wiedzieliśmy jeszcze jak nasza łódka będzie się sprawować. Po drugie - trasa przez Kythnos, Milos, a dopiero potem Monemwazja nie jest już taka oczywista - raz ze względu na opóźnienie, dwa, ze względu na kierunek wiatru. A Monemwazja jest naszym podstawowym celem, stąd rozpoczynamy pętlę w drugą stronę - a gdzie dotrzemy, to zobaczymy.

Poza tym, byliśmy już tu w październiku, wiedzieliśmy zatem czego się spodziewać, a przede wszystkim liczyłem na zakup pistacji, z których ta wyspa słynie. Ale nie po to by przywieźć do domu, tylko na bieżącą konsumpcję w czasie rejsu :)

Podczas tej krótkiej trasy było nam dane mijać kotwicowisko kontenerowców, uroczą wysepkę, która by się nadawała do slipowania łódek, w bliskiej odległości prom szybkobieżny Flying Doplhins oraz... dwa delfiny. Niestety, tylko dwa czy trzy skoki i nie tuż przy jachcie, więc o ile jestem usatysfakcjonowany, to z braku lepszych zapisuję je w swojej księdze delfinów :)

Podsumowując dzień, to końcówka była udana. O początku już wystarczająco dużo napisałem wcześniej.

20-2000 20-2000 20-2000 20-2000 20-2000 20-2000 20-2000

 
Hydra!
2014-04-21 11:20
GPS: 37.350950 / 23.459100 Zdjęcia w Panoramio

Urlop urlopem, ale trzeba go spędzić aktywnie. Dlatego też pobudka jeszcze przed świtem, a o 6:00 opuszczamy Aeginę i udajemy się w kierunku wyspy Hydra. Daleko nie jest, bo ok 30 Mm.

Tym razem wiatru było jak na lekarstwo, więc silnik. Ale jak to ostatnio mi ktoś powiedział: jest silnik - będzie ciepła woda :)

O samej trasie wiele powiedzieć się nie da, ot mijamy różne kamieniste wyspy, trochę kropi i jak już coś zawieje, to w twarz. Początkowo pół załogi spało, potem drugie pół odhaczyło ten punkt programu.

Hydra była naszym celem z dwóch powodów: polecały mi ją osoby, ze zdaniem ktorych się bardzo liczę oraz dodatkowo zamierzałem odwiedzić tawernę Zefiros, która jest prowadzona przez małżeństwo polki z grekiem wraz z rodziną. Polecenie pochodziło z trzech zupełnie różnych źródeł, dlatego tym bardziej chciałem to zweryfikować.

Jedyne tylko, co mnie zdziwiło to brak bardziej dokładnego adresu niż nazwa ulicy. Na szczęście jak zajrzy się w uliczkę, to po lewej stronie, u gory widać szyld. Oczywiście po grecku, ale zdjęcia na FB pomagają upewnić się co do lokalizacji.

Wynik inspekcji wypadł bardzo pozytywnie :). Wystarczyło, że zapytałem o p. Agnieszkę a podziałało to jak karta "klucz" ;) Cała rodzina jest niezwykle sympatyczna, ale co równie istotne - oferowane dania są pierwszorzędne. Jagnięcina pyszna, ośmiornica (gotowana i krojona w plasterki oraz maczana w czymś tam) przepyszna, podobnie jak sałatka grecka. Z czystym sumieniem mogę polecić!

Możecie też sami poczytać na trip advisorze.

Na zakończenie słów kilka o samej wyspie. W porównaniu z np. Aeginą, Hydra robi na mnie dużo lepsze wrażenie. Po pierwsze - poza śmieciarką nie widziałem tu żadnego innego samochodu. Po prostu na wyspie się nimi nie jeździ :) zamiast tego jest tu cały postój water taxi, a miejscowi wykorzystują muły, osły czy inne kuce. Oferują też chętnym przejażdżki - z reguły w parach (dwa muły jeden za drugim). Służą też do przewożenia 20 zgrzewek wody, walizek, tobołów i takich tam. Zresztą zobaczcie sami na zdjęciach. Tym razem jest ich całkiem sporo, specjalnie na zamówienie pewnej Basi ;)

Na zakończenie o Hydrze - to urocze i bardzo spokojne miasteczko. Zadbane domy, cisza i takie ogólne wyciszenie. Na pewno warto tu zajrzeć będąc w okolicy.

Przypływając łódką warto pamiętać o tym, co mówi locja: mało miejsca (zatem w sezonie może być po prostu pełno i zabraknie miejsca), spory ruch - głównie taxi wodne oraz zafalowanie od nich, od większych promów, czy wręcz dużych jachtów - takich co to mają specjalnych panów do wycierania kurzy ;)

Od siebie dodam tylko, żeby uważać na kotwicę, bo dno kiepsko trzyma, a jak tu powieje i dołoży sie falowanie od ruchu wodnego, to nawet początkowo jako tako trzymająca kotwica potafi puścić. Wiem co mówię... z doświadczenia :)

21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120 21-1120

 
Hydra (revisited)
2014-04-22 09:00
GPS: 37.350950 / 23.465830 Zdjęcia w Panoramio

Po uroczym pobycie na Hydrze zaplanowaliśmy przelot do Monemwazji. Zamierzaliśmy wyjść w okolicy północy lub bardzo, bardzo rano (w zasadzie jeszcze w nocy). Zdarzyło się jednak coś, to spowodowało, że wyszliśmy wcześniej...

Otóż wzrastający wiatr, dopychający nas do nabrzeża oraz zafalowanie od taksówek, statków i innych Jachtów (takich z pięcioma radarami, rozumiecie, przez duże "J" ;-)) spowodowały, że nasza kotwica przestała dobrze trzymać. Ponieważ trochę łańcucha jednak było, to spróbowałem go nieco wybrać. Kotwica chwycić jednak nie chciała i zamiast naprawić, to popsułem jeszcze bardziej. Wybrany łańcuch powodował jednak jakieś obciążenie. Teraz nawet tego nie było, czyli kotwica w ogóle nie spełniała swojego zadania. Mieliśmy dwa wyjścia - albo przyspieszyć nasze wyjście, albo wybrać kotwicę, rzucić ją ponownie i umiejscowić się na wcześniej zajętej pozycji. Tragedii czy niebezpieczeństwa nie było, bo po prostu opieraliśmy się na jednej łódce (oczywiście na odbijaczach), a z tyłu była bomba, więc też ok. Ale działać trzeba było szybko. Odpaliłem zatem znane mi prognozy i doszedłem do wniosku, że możemy wyjść wcześniej. Wprawdzie na środku morza będzie jakieś 30 węzłów, ale im bliżej brzegu, tym lepiej. To samo z falą. No to wyszliśmy. Z kotwicą nie było problemu, a inna załoga, która stała w kolejce, ucieszyła się, że zwalniamy miejscówkę. Też bym się na ich miejscu cieszył.

Tuż po wyjściu przywitały nas krople deszczu oraz wiatr, który pojawił się znikąd. Nagle, zamiast oczekiwanych maksymalnie kilkunastu węzłów pojawiły się 33. Podejrzewam, że to jakieś lokalne przyspieszenie przez górzystą Hydrę. W istocie, tak być musiało, bo po godzince przycichło, a morze się uspokoiło. Niebo, jak było, tak jest zachmurzone. Całkowicie. Chwilę później wiatr przycichł zupełnie.

Po trzech godzinach od wyjścia pojawiło się przyjemne 15 węzłów wiatru, postawiliśmy zatem żagle. Wiatr jednak nie był zbyt stabilny i co jakiś czas a to refowaliśmy a to je rozwijaliśmy. I tak sobie żeglowaliśmy całkiem przyjemnie.

W końcu, gdy skończyliśmy nadkładać drogi przez poligon łodzi podwodnych, to wiatr przycichł, a jak był to z dzioba. Zrzuciliśmy zatem żagle i kontynuowaliśmy na silniku.

Po pewnym czasie F. postanowiła się położyć i zostawić mnie na służbie. Warunki w miarę spokojne, to czemu nie, przecież przyda się w nocy.

I tak sobie płynęliśmy, podczas gdy wiatr raz nabierał mocy, innym trochę odpuszczał. Suma sumarum jednak bardziej nabierał niż odpuszczał. Próbowałem szukać spokoju bliżej brzegu, a gdy to kończyło się niepowodzeniem, to szukałem bardziej w morzu. Także bez skutku. Tym bardziej, że idąc bokiem fala była niezbyt przyjemna.

Cóż, Monemwazja była celem tej wyprawy. Naprawdę chciałem tam dotrzeć. Wiedziałem, że wiatr i fala musi w końcu odpuścić. Ktoś się musi poddać pierwszy - ja albo wiatr i fala. A warunki były konkretne - wiatr w porywach (które zarejestrowałem) 37 węzłów, fala na tyle wysoka, że światła nawigacyjne ją oświetlały (działo się to w nocy, jak łatwo się domyśleć). Szedłem tak z godzinę, czy dwie. Prędkość zabójcza, bo 2 węzły, mimo podkręcenia obrotów silnika, żeby mieć sterowność po obróceniu przez falę.

I właśnie w takich warunkach F. się obudziła. Zdziwiła się co się dzieje i od razu wyszła na pokład. Chwilę poradziliśmy i w końcu zadecydowaliśmy, że tym razem, to my odpuścimy, niech będzie jak Neptun chce. Postanowiliśmy zawracać. Pytanie tylko jak to zrobić, żeby nadchodząca fala nas nie obróciła. Jedna, druga i trzecia przymiarka i operacja zakończona sukcesem. Prawie, bo żeby iść z wiatrem, to trzeba było przekroczyć strefę militarną, gdzie łodzie podwodne strzelają bez ostrzeżenia, traktując wszystko jak intruza, wroga.

Zdecydowani na takie ryzyko (w razie czego my też będziemy strzelać - jeszcze nie wiem, czym, ale coś wykombinuję) mkniemy z falą i wiatrem, bez żagli. Tym razem jest szybciej niż pod wiatr, bo mkniemy ok 5 węzłów (czyli jakieś 2 razy szybciej).

W ten sposób uciekliśmy ze sztormu. Na nasze szczęście wiatr szybko przycichł do rozsądnych wartości dwudziestu-kilku węzłów, a potem nawet poniżej. Została tylko fala, która nami od czasu do czasu pomajtała. Z czasem i z nią nauczyłem się sobie radzić - tzn. jak nie dać się obrócić o 90 stopni względem obranego kursu (czyli kierunku, w którym mkną fale). Z czaem i fale się uspokoiły, tylko od czasu do czasu przyszła jakaś taka zagubiona.

Całkowicie uspokoiło się, gdy weszliśmy pod osłonę Hydry. Mając nadzieję, na powrót do portu wyjścia oraz fakt, że znajdziemy jakąś miejscówkę, oczekiwaliśmy wypoczynku.

Na nasze szczęście było kilka miejsc do wyboru. Miejsce do cumowania wybraliśmy tym razem po drugiej stronie portu, pamiętając kierunek wiatru oraz przypadłość kotwiczną. Lepiej wisieć na pewnych cumach niż kotwicy.

Wreszcie poszliśmy spać. Nawet nie pamiętam, czy umyłem zęby ;-)

Zdjęć z przeprawy do Monemwazji nie ma, bo ani myślałem odpalać aparat (w zasadzie schodzić po niego na dół). Nawet nie miałem czasu zejść i obudzić F. Jest za to kolejny komplet zdjęć z Hydry - tym razem, po tym jak się już wyspaliśmy (a przygody też były, o czym później ;-)), wybraliśmy się na wspinaczkę na wzgórza górujące nad miastem.

22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900 22-0900

 
Dzień na Hydrze
2014-04-22 22:00
GPS: 37.350950 / 23.459100 Zdjęcia w Panoramio

Jak już się spowiadałem, postanowiliśmy spędzić dzień na Hydrze. Zaczęliśmy od tego, że położyliśmy się spać. Oczywiście wcześniej sprawdziliśmy, czy dobrze stoimy, oraz nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia - czy kotwica trzyma. Upewniwszy się, że jest ok, poszliśmy spać. Sen nie trwał długo, bo opuścili nas sąsiedzi (katamaran z jednej, a sympatyczna rodzinka francuzów z drugiej), zatem z ścisło ustawionych łódek zrobił się luz. Wtedy okazało się, że jacht stojący z lewej burty ma słabo wybraną kotwicę i "leci" na nas. Sprawę pogarszał fakt, że zamiast katamarana przypłynął inny duży jacht (ten z gatunku posiadającego panów od cum i kurzy) i rozpychał się nieco. Miał duże odbijacze, zatem zabrałem wszystkie i wyłożyłem na lewą burtę. Dzięki temu byliśmy zabezpieczeni do czasu aż właściciel przytulającego się do nas jachtu wrócił i wybrał nieco kotwicę.

No to poszedłem dalej spać. Nie na długo, bo nagle obudził nas huk. Wybiegłem w piżamie ;) i patrzę, a to ten olbrzym nas opuścił, a wychodząc musiało mu zarzucić tyłek. Sęk w tym, że panowie od cum zostali oddelegowani do drinków lub kurzy i zabrakło kogoś, kto by stał z odbijaczem. Na szczęście mieli takie gumowe wykończenia i na huku się skończyło.

W każdym razie tak myślałem... do czasu aż zobaczyłem, co się z nami dzieje. Zaczęło nami trochę majtać, i tym razem to my zaczęliśmy się przytulać do jachtu po lewej stronie. Okazało się, że wybrana kotwica trzymała, ale rozpychanie się tego olbrzyma, oraz jego wychodzenie wyrwało naszą kotwicę. Tak po prawdzie, to sądzę, że po prostu zahaczył o nasz łańcuch i ją wyrwał. Nie chciała drugi raz złapać, zatem musieliśmy ją rzucić ponownie.

No tośmy się zebrali, oddali cumy i ją wyciągamy. Poszło gładko. Jednak zamiast stawać w tym samym miejscu, wybieramy miejscówkę po drugiej stronie, tak, żeby trzymały nas cumy, a nie kotwica. Bo zapomniałem dodać, że dziś wiatr wiał z przeciwnego kierunku niż poprzedniego dnia :)

Jak już zacumowaliśmy, to zaprosiliśmy jeszcze inny katamaran, żeby wypełnił lukę pomiędzy nami a innym jachtem. Wszedł na styk i w ten sposób zamierzaliśmy już stać do rana.

Zdjęć nie ma, bo wszystkie, które były wrzuciłem już do poprzedniego wpisu.

 
Hydra -> Methana -> Poros
2014-04-23 18:20
GPS: 37.502083 / 23.453214 Zdjęcia w Panoramio

Noc spędziliśmy bardzo spokojnie. Wyspaliśmy się i postanowiliśmy podążyć w stronę Methany (ciekawe informacje także na forum.gazeta). W zeszłym roku z Aeginy podążyliśmy od razu na Poros.

Wyruszyliśmy o 8:20 przy całkowitym zachmurzeniu i znikomym wietrze. Koniec końców, szliśmy na silniku (czyli znowu można było podładować komputer i nagrzać wodę :)) Dotarliśmy o 13:00. Muszę przyznać, że miejsce bardzo przyjemne - było ciepło. Naprawdę ciepło. Szukaliśmy portu, gdzie będzie można złapać nieco prądu, żeby umyć głowę i ją wysuszyć. Wodą też byśmy nie pogardzili. W marinie nikogo nie było. Zadzwoniłem pod numer na budce obsługi i dowiedziałem się, że przyjadą dopiero za 4 godziny. Nie czekaliśmy zbytnio, tylko wykąpaliśmy się a ciepłota była tak duża, że głowa szybko sama wyschła. Z tego, co się doczytałem, to jakiś taki mikroklimat Methany - ze względu na wuklany i liczne kratery jest tu po prostu cieplej niż w okolicy.

Następnie wybraliśmy się "na miasto". Zamierzaliśmy zostać tu na noc, dokupić kilka warzyw, napić się itp. Okazało się, że ani to sezon, ani turystów, nawet mieszkańców niezbyt dużo. Może zresztą to wpływ kryzysu, bo nie sądzę, żeby w miesiąc wszystkie opuszczone i częściowo wyburzone domy zostały odrestaurowane i zamieszkane.

Co do samego portu, to najbardziej zastanawia woda - tak jak normalnie widać na kilka metrów, tak tu na 10-20 cm. To takie mleko lub inny roztwór. Zdjęcie tego za bardzo nie oddaje, widać tylko, że zamiast widać co jest w wodzie, to jest odbicie - działa jak lustro :)

Wejście jest wąskie i trzeba trzymać się tego, co mówi locja. Podchodząc mieliśmy najmniej 0.3 metra głębokości (tuż przed główkami). Po wejściu skierowaliśmy się bezpośrednio do przodu (tam gdzie budka obsługi i było wolne miejsce). Głębokości ok 2.5m, na samym miejscu 0.6m. Ciekawe te głębokości, co nam podawał wskaźnik, nie? Bo dodam, że jak pytałem jak jest wyskalowany, to dostałem odpowiedź, że od lustra wody. W/g locji powinno być między 1.5 a 2.5m, przy czym ponoć nawet "dotknięcie" dna niczym nie grozi bo to tylko muł. Jeżeli jednak wziąć pod uwagę, że mamy zanurzenia ok. 1.8m, a na wskaźniku 0.3, to nie tylko dotykamy, ale nawet kadłub się w nim tarza. A problemów z manewrowaniem nie mieliśmy żadnych. Wnioski z tego mogę wyciągnąć dwa - niestety, nie wiem, który jest prawdziwy:

  1. Sonar nie wskazuje od lustra wody tylko od kila
  2. Specyfika tego zbiornika wodnego (w sumie samej mariny, bo poza nią woda jest normalna) powoduje przekłamanie wskazań - po prostu sobie z nią nie radzą.

I jeszcze jedna uwaga do samego parkowania - nie wiem czy wszędzie, ale chyba tak - szukajcie muringów, zamiast rzucać kotwicę. My stanęliśmy właśnie na muringu i pani z obsługi bardzo się ucieszyła, bo pierwsze o co zapytała, to czy rzucaliśmy kotwicę. Nie wiem, czy wynika to z faktu, że tam łańcuch rdzewieje, czy z tego, że coś jest na dnie, czy że źle trzyma. W każdym razie powiedziała, że to bardzo dobrze.

A teraz druga uwaga - muringi są w strasznym stanie. Rękawiczki gumowe (i to solidne) są obowiązkowe. Nie tyle z faktu typowych muszelek, które je obrastają - tu nie ma żadnych. Chodzi o samą wodę, która zostawia brunatny osad na linie i rękach oraz jakieś dziwne żyjątka rosnące na linach (takie średnio twarde kokony czy jak tam nazwać takie narośle). W pierwszej chwili myślałem nawet że to są supły, aż w końcu spróbowałem takie coś oderwać. Okazało się, że daje radę, a pod spodem widać linę :) To jakieś żyjątko, które sobie świetnie żyje w siarczystej wodzie...

Poniżej klika zdjęć z Methany - samej mariny i miasteczka. Godna uwagi jest "plaża", która jeszcze nie jest gotowa na klientów oraz te straszydła, o których wspominałem.

23-1820 23-1820 23-1820 23-1820 23-1820 23-1820 23-1820 23-1820 23-1820

Fakt, że wykąpaliśmy się i wysuszyliśmy bez prądu, że nie było gdzie kupić warzyw, nawet ciężko było napić się kawy, spowodował, że postanowiliśmy się wynieść i przenieść do Poros.

Tak też zrobiliśmy i o 18:20 zawitaliśmy na wyspę obok (raptem 6 Mm). Tu stanęliśmy przy naszej ulubionej kei (jak ostatnim razem, sprawdź pozycję GPS na górze postu). Porównując ten okres z październikiem zeszłego roku muszę powiedzieć, że było znacząco mniej łódek, ludzi i gwaru. Jednak urok pozostał i wybraliśmy się na spacer.

Zdjęć nie będzie, bo ostatnio już obfotografowaliśmy wszystko co było. Chętnych zapraszam do galerii z zeszłego roku.

 
Vathi
2014-04-24 14:30
GPS: 37.593171 / 23.338764 Zdjęcia w Panoramio

Wprawdzie mieliśmy zamiar wybrać się w stronę Cyklad, a dokładniej na Kythnos, ale zaspałem a po 8:00 już nie było po co tam płynąć. Zresztą, kto wie, może to było nawet trochę celowe... W cichości ducha planowałem zwiedzić jeszcze trochę Zatoki Sarońskiej...

Ale, żeby było mi policzone - tak, zaspałem. Żeby jednak nudno nie było, to postanowiliśmy wyjść z Poros kanałem południowym. Ciekawostką jego jest to, że trzeba się trzymać głębokości, gdyż im dalej na południe tym płycej. Na bardziej ogólnych mapach, to w ogóle oznaczają ten obszar jako 0.1m, ale oczywiście to uogólnienie, gdyby ktoś dokładniejszych nie posiadał. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. O 9:30 oddaliśmy cumki i cichutko poszliśmy na południe. Kanał ma głębokość ok 2.5m do 3.5m na szerokości, która wystarcza, aby stały łódki przy nabrzeżu oraz dwie inne się mijały. Nie jest to zatem jakaś niebywała sztuka, wystarczy jedynie się pilnować. No i pewnie za dnia jest dużo lepiej. W nocy to być może zdecydowałbym się ominąć wyspę i podejść pod północy. Przynajmniej za pierwszym razem.

Poprzednio napisałem, że zdjęć z Poros nie będzie, ale jednak oszukałem. Oto kilka zdjęć, w tym także zdjęcie pokazujące gdzie rosną szczotki do butelek (takie, którymi się je myje od środka).

To, o czym jeszcze warto wspomnieć, to pomarańczowa chmura, która nadciągała nad Poros wieczorem z południowego wschodu. Ale nie taki pomarańczowy zachód słońca. Chmura tak duża, że wyglądała, jakbym założył pomarańczowe soczewki kontaktowe. Z punktu obserwacji nieba ciekawe zjawisko. Nawet się zastanawiałem jaką to przyniesie pogodę. Rano, jak wstaliśmy okazało się, że wszystko jest pokryte czymś czerwonym. Drobnym. Okazało się, że wiatry, które ostatnio tu wieją, naniosły piasek z Sahary. Pierwszą próbę domywania zrobiliśmy już w trasie, po opuszczeniu Paros. Końcówkę (szorowanie i spłukanie słodką wodą) zrobiłem w Vathi, gdzie korzystając z uprzejmości zarządzającego mariną mogliśmy nie tylko zatankować wodę (z sieci wodociągowej, nie beczkowozu) oraz szlaufem spłukać wyszorowany chwilę wcześniej pokład.

Zapowiadane zdjęcia z Paros i jego opuszczenia:

24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1 24-1430-1

Pierwszym, i jak się okazało, ostatnim portem tego dnia został Vathi. Jest to cudowny porcik, gdzie jest tylko kilkanaście miejsc dla jachtów. Kilka zdjęć portu i okolic poniżej.

A co do samego postoju - w okolicy 17:00 przyjeżdża szefu (czyli Costas), który udostępnia wodę oraz prąd, oraz rejestruje postój. My, za postój 1 dzień + zatankowanie dwóch zbiorników wody i spłukanie pokładu zapłaciliśmy całe 2,60 €. Czad, nie?

Gdybyście potrzebowali internet, to w każdej z tawern jest dostępne wifi - wystarczy do nich zajrzeć, napić się kawy (fredo cappucino czy fredo espresso są po 2 €) i poprosić o dostęp. Z zasięgiem GSM jest kiepsko, my łapaliśmy tylko GPRS w porywach EDGE. O 3/4G można zapomnieć.

Zapytałem się też jak wygląda kwestia postoju w sezonie. Costa odpowiedział, że aby myśleć o jakimś miejscu trzeba być maksymalnie o 14:00. Patrząc na liczbę dostępnych miejsc, to chyba nawet wcześniej.

W porcie spotkaliśmy też parę sympatycznych Szwedów, z którymi spędziliśmy miły wieczór. Opowiedzieli nam o możliwości wybrania się pieszo lub taksówką na pobliski wulkan (całkiem nowy, bo ostatnia aktywność była ok. 2200 lat temu). Na pieszą wyprawę trzeba zarezerwować ok 5h, ale można też w tawernie zamówić taxi, która nas tam podwiezie, a potem po godzinie przyjedzie ponownie i zawiezie na dół (lub zejdziemy sami, ok. 1.5h piechotą).

24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2 24-1430-2

 
Kto rano wstaje temu delfin na drogę!
2014-04-25 07:00
GPS: 37.612974 / 23.260682 Zdjęcia w Panoramio

Dzisiejsze plany to jakieś zatoczki, Old Epidavros i oczywiście powrót do Aten.

Pobudka wcześnie rano, tuż zanim zacznie świtać, wychodzimy o brzasku. Łatwo mamy, bo poprzedniego dnia przestawiliśmy się alongside. Dzięki temu możemy wyjść cichutko, bez budzenia innych. W sumie, to samo tak wyszło, nie że tak planowaliśmy. Niestety znowu puściła nam kotwica i zaczęło nam odstawiać dzioba. I to właśnie wtedy podjęliśmy decyzję, żeby zamiast rzucać ją ponownie po prostu ściągnąć na linach jacht tak, by stał gotowy do wyjścia.

Z tą kotwicą to na tym wyjeździe mieliśmy kilka przypałów. Rozmawiałem potem z naszymi sympatycznymi Szwedami, podpytywałem, gdzie Oni rzucali. I faktycznie, rzucili dalej, bo aż z przeciwległego brzegu. Biorąc pod uwagę, że sama zatoczka za duża nie jest, to rzeczywiście to brzmi rozsądniej. Cóż, w zeszłym roku było lepiej (nawet mimo braku windy kotwicznej), w tym jest gorzej. Ale wiem dlaczego - oczywiście wydawałem zbyt mało łańcucha. To po trosze wynik tego, że jak stawaliśmy pierwszy raz tą łódką, to zabrakło go nam i nagle się zatrzymaliśmy 3-4 metry od nabrzeża. Za daleko i rzucaliśmy ponownie, z bliższej odległości. Po dzisiejszym dniu dowiem się też, że to nie do końca tak z tym łańcuchem i mieliśmy go więcej. Tyle tylko, że był tak zardzewiały, jakby go nikt stamtąd nie wyciągał od zeszłej zimy i nie konserwował. Efekt blokowania to było jego zakleszczenie, które potem (jak stawaliśmy w Old Epidavros za dnia) obserwowałem wielokrotnie - po prostu nie układał się prawidłowo i blokował windę - coś co wcześniej zinterpretowałem jako koniec łańcucha w rzeczywistości było tylko problemem z łańcuchem. Wystarczyło dać nieco do przodu, porozkładać i znowu go wydawać. A za pierwszym razem źle się przyjrzałem i nie zorientowałem w czym rzecz. Potem to już miałem w pamięci, że muszę być czujny skąd zaczynam rzucać. Inna sprawa, że nie było markerów, zatem nie wiedziałem ile tego łańcucha wydaję.

To tyle dygresji. Teraz już płyniemy do Old Epidavros. Odpuszczamy zatoki na południu, bo znalazłem ciekawą na północy, czyli bardziej zgodną z kierunkiem docelowym - Atenami.

Trafiamy na przyjemny wiaterek, na tyle, żeby już rozłożyć żagle. Powolutku, czasem trzeba było dać silnik na "1", żeby nie płynąć cały dzień, ale przyjemnie.

Gdy w tem... delfiny! Na tym wyjeździe było nam dane oglądać je już dwa razy, ale zawsze z pewnej odległości i w zasadzie to tylko przez lornetkę było coś widać. O zdjęciach można było zapomnieć, tym bardziej, że były tylko przez chwilę.

Tym razem jednak były blisko. Płynęły niemal w tę samą stronę co my. Było kilka sztuk w oddali, a kilka płynęło razem z nami. Uzbroiliśmy się aparat i komórkę i kręciliśmy i robiliśmy zdjęcia. Jak się okazało kręcenie wyszło lepiej, bo focus miał czasem problemy z ustawieniem ostrości na bliskiego delfina, bo powinien to zrobić zanim delfin wyskoczy, bo potem to już za późno. A z filmu jakąś klatkę można wyciąć i są szanse na zdjęcie.

Delfiny wprawdzie nie skakały na 5 metrów, raczej tak tylko by nabrać powietrza (co świetnie widać, jak tuż przez wystawieniem dziury zaczynają wypuszczać powietrze, a potem wystawiają ten swój ogromny otwór na grzbiecie). Nie piskały do nas, ale za to ja piskałem do nich. I mam wrażenie, że im dłużej ja piszczałem, tym dłużej one były z nami :) Oglądając potem nagrania sam się z siebie śmiałem i postanowiłem nie katować tym ludzkości. W zamian za to podkładem muzycznym jest piosenka z "Biały delfin Um" - "Oum le dauphin blanc", czyli filmu animowanego.

25-0700 25-0700 25-0700 25-0700 25-0700 25-0700 25-0700 25-0700 25-0700

I na koniec wspomniany film. Miłego delfinka! :)