16: 2015-12-05 00:00   Podsumowanie

Ostatnie dwa dni stoimy na kotwicy. Zwiedzamy okolice, poznajemy lokalsów, podróżujemy razem z nimi ichniejszym transportem prywatnym, czyli rozklekotanymi busikami (są też pickupy, ale taki się na...
Czytaj dalej

 
Podsumowanie
2015-12-05 00:00
GPS: 16.753330 / -22.979800 (Palmeira, Sal)

Ostatnie dwa dni stoimy na kotwicy. Zwiedzamy okolice, poznajemy lokalsów, podróżujemy razem z nimi ichniejszym transportem prywatnym, czyli rozklekotanymi busikami (są też pickupy, ale taki się nam nie trafił), trenuję podróżowanie pontonem i zaprzyjaźniam się ze znielubionym do tej pory silnikiem do dinghy.

Jest też czas na podsumowanie. Dla siebie, żeby mieć sciągę, jak tu przypłyniemy jeszcze raz (bo tak sądzę, że to kiedyś nastąpi - pewnie za kilka lat), oraz dla innych, dla których być może te informacje będą przydatne. Postaram się je pogrupować, ale i tak pewnie to nie wyjdzie ;)

W liczbach

Tym razem przepłynęliśmy 1250 mil morskich (ponad 2300 km). Zajęło nam to 224 godziny, z czego 190 na żaglach (85%) i 34 na silniku.

Sam przelot zajął ciurkiem 164 godziny (6 dni i 20 godzin), z czego 127 było na żaglach (77%). Czas na silniku, to głównie na początku, jak opuszczaliśmy Kanary i ostatni dzień, gdy dopływaliśmy do Mindelo i nie było wiatru. Ostatnie godziny w zasadzie były zwalnianiem, żeby dotrzeć na rano, a nie w nocy. Stąd ów wynik można poprawić :)

Łódka

Cyclades 43, którym mieliśmy przyjemność podróżować dała się poznać jako bardzo solidna i świetnie żeglująca łódka. Świetnie chodzi zarówno w baksztagu na samej genui, jak i w półwietrze czy bajdewindzie w komplecie z grotem. Przy baksztagu i samej genui (btw, 105%) oraz wietrze rzeczywistym 20-25 węzłów osiągąliśmy uczciwe 6-7 węzłów. Przy silniejszych wiatrach składałem nieco żagla i bywało, że na (dosłownie) skrawku (wystającym niewiele poza grube wzmocnienie na likach i obszycie) też dawaliśmy czadu.

Jako największa wadę Cyclades uważam totalny brak wyciszenia. Wiedziałem, że jest to wersja economic, ale nie podejrzewałem, że aż tak. Wyobraźcie sobie laminatową skorupę, w to wstawione drewniane umeblowanie, nawet bez zakrywania wszystkiego. I już. Słychać wszystko. I to bardzo. Hałas silnika, który był u nas dosyć często używany do ładowania baterii, to istny koszmar, w tylnych kabinach ciężko wytrzymać, a hałas roznosi się na całą łódkę.

Analogicznie jest z uderzeniami o falę. Brak wyciszenia powoduje, że huk spadającej łódki na wodę po zeskoczeniu z fali lub spadnięciu z jej grzbietu, który właśnie postanowił się zapaść, jest odbierany jako walnięcie w beton. Jeżeli dodać do tego skrzypienie wynikające z pracy łódki, to będąc w przedniej kabinie odruchowo sprawdzasz, czy kamizelka ratunkowa jest w pogotowiu...

W tym konkretnym egzemplarzu (s/y Mojito) mieliśmy lazy jack'a z możliwością założenia 3 refów. Pierwszego nie używaliśmy, przydały się natomiast dwa pozostałe. Do samego grota można się przyczepić, że trzeba się było napracować, żeby na refach nadać mu przyzwoity profil, a i tak nie zawsze byłem zadowolony w 100%.

Innym problemem Mojito jest zapas prądu. Zgłosiłem to firmie czarterowej, ale nie wiem, czy coś z tym zrobią, zatem warto sprawdzić sobie zawczasu i ew. wyprosić kolejne/nowe akumulatory. Problemem jest niedostateczna pojemność baterii - wszystko jedno, czy wynika to z ich zużycia, czy pojemności, faktem jest natomiast, że idąc nocą, gdy włączony jest tylko autopilot i światła nawigacyjne, to trzeba je ładować co 2 godziny. Dodam, że nie ma co marzyć o lodówce, była wyłączona, a świeciliśmy własnymi latarkami. W dzień nieco pomagała (mała) bateria słoneczna, jednak, gdyby to miało być skuteczne, to musiałaby być 2-3 razy większa.

Przy okazji - mam porównanie z wyższym modelem - Oceanisem 37, którym mieliśmy przyjemność pływać po wodach Sardynii w tym roku. Skorupa wygląda na równie dobrą (pod względem nautycznym), natomiast wykończenie wewnątrz było na zdecydowanie wyższym poziomie - począwszy od wyciszenia, przez ergonomię wewnątrz a na (normalnej) lodówce kończąc.

Alboran-charter

Mimo wszystkich fuck-up'ów, o których pisałem, to jednak firma wydaje się być godna zaufania. To, że łódka nie była przygotowana do wypłynięcia to fakt, i za to mają sporego minusa. Zawsze trzeba sobie samemu wszystko sprawdzić - ale to wydaje się być ogólną zasadą, ale firma czarterowa nie powinna bazować z przygotowaniem tylko na tym, co sobie skipper znajdzie przed wypłynięciem.

Natomiast trzeba uczciwie przyznać, że każda zgłoszona przeze mnie usterka/wada została usunięta (w jednym przypadku średnio skutecznie, ale jednak próba była podjęta). Alex (menedżer bazy w Palmeirze) sam też stwierdził, że nam da trzy dodatkowe linki jak się poskarżyłem, że z lin to mam tylko cumy i ani nie mam linki na kontraszot do grota, ani, żeby zrobić trip linkę do kotwicy, ani na nic innego.

Generalnie rzecz biorąc - wygląda na to, że dbają o łódki, tylko nie mają czasu, żeby dostarczać je klientowi gotowe do wypłynięcia. A że lista usterek była poważna (już o nich pisałem wcześniej, nie będę się powtarzać), to mają minusa.

Na plus należy zaliczyć natomiast bezpłatny transfer pomiędzy mariną a sklepem - najbliższy (Super Dino) jest za daleko, żeby iść tam z buta. W niedzielę, gdy okazało się, że jeszcze czegoś nam zabrakło, to podrzucili nas nawet jeszcze dalej, za miasto.

Ciekawostką trasy Kanary - Cabo Verde jest to, że jesteśmy traktowani jako środek transportu morskiego. Każda z załóg, z którą rozmawialiśmy, a która robiła tę trasę w tym czasie, co my, przewoziła kanistry z paliwem na CV. W naszym przypadku było to 10 x 20 litrowe kanistry, do których "wlazło" 210 litrów diesla. Dodatkowo przewoziliśmy elementy konstrukcyjne do pływających pomostów lub muringów, które Alboran chce zrobić w Palmeirze. W sumie - przewieźliśmy tak gdzieś z pół tony dodatkowego bagażu.

Trasa Wyspy Kanaryjskie - Republika Zielonego Przylądka

Może się wydawać, że trasa prosta jak drut, że łatwizna dla przedszkolaka itp itd. Ale... jest kilka czynników, które powodują, że nie jest to takie proste. Pierwszy, podstawowy, to odległość - ok 900 mil non stop, bez możliwości zatrzymania w jakimś porcie by odpocząć, bez możliwości wezwania serwisu, bez możliwości asysty, wreszcie tylko z wróżbami jak będzie się kształtować pogoda za kilka dni.

Po drugie, najpierw trzeba opuścić Wyspy Kanaryjskie. Tu czekają niespodzianki w stylu stref przyspieszonych wiatrów, strefami bez wiatrów za to z falami oraz strefy i z wiatrem i z kipielą powstałą przez sumowanie się fal z różnych kierunków. To spore utrudnienie i źle obrana trasa może postawić załogę w stanie podwyższonej gotowości lub nieprzyjemności podróżnych. Ja posłuchałem rady Alexa, który zasugerował, żeby nie iść od razu na południe, tylko najpierw skierować się w kierunku El Hierro, a dopiero potem, po minięciu ostatniej wyspy kanaryjskiej, rozpoczęcie schodzenia w dół. Chodzi o to, że ukształtowanie terenu oraz strefy przyspieszonych wiatrów powodują kipiel poniżej Wysp Kanaryjskich oraz spore prawdopodobieństwo wpadnięcia w ponad 100 milowy pas kipieli połączonej z brakiem wiatru. W ten sposób nie tylko łatwo stracić dobę na bujanie się po falach, jak i zużyć sporo paliwa (jeżeli włączyć katarynę), ale przede wszystkim nieźle wybujać załogę. Nami wprawdzie też trochę pobujało, ale nie trafiliśmy na bezwietrzne 100 mil. Poza ostatnim dniem, to wiatru mieliśmy dośyć, czasem więcej niż wystarczająco :).

Po trzecie, zanim się dotrze do tych magicznych pasatów, to chwilę potrwa. A i one potrafią być kapryśne - potrafi ich nie być wcale lub wiać deczko za mocno. Przykładowo - my trafiliśmy na jakieś okienko, bo nie raz i nie dwa wiało u nas ponad 30 węzłów, a zdarzało się powyżej 40. Dwie inne polskie załogi (katamarany), które wyruszyły dzień później od nas, miały nie więcej niż 20 węzłów...

Po czwarte - (nie)dokładność map Cabo Verde - wszędzie można o tym przeczytać, począwszy od locji, a na notkach na samych mapach kończąc. Powstawały one w dawnych czasach i mimo ciągłej aktualizacji tych cyfrowych (mieliśmy też Navionics'a na chartplotterze), gps'ów, dostępności google maps/earth i takich tam - mapy dokładne nie są i basta. Niekiedy trzeba się trzymać 1-2 mile od niby brzegu, żeby nie trafić na coś niespodziewanego (skały lub ląd :)), niekiedy mapy pokazują, że oramy brzeg, gdy w rzeczywistości jesteśmy jakieś pół mili od brzgu. Pominę już wraki zalegające w portach, do tego nieoznakowane i nie oznaczone na mapach.

Po piąte - nie wiem jak, ale nawet gps'y potrafią tam zwariować. Czy to kwestia złych map, czy też innych anomalii - ale zdarzyło się to nam m.in. podczas podchodzenia do Mindelo oraz Palmeiry - mapy cyfrowe na chartplotterze pokazywały, że idziemy zupełnie gdzie indziej, że jesteśmy nie tu, gdzie się nam wydaje albo w ogóle że żeglujemy po stałym lądzie. Raz, podchodząc do Mindelo, nawet zacząłem robić tradycyjne namiary i "analogową" nawigację, żeby upewnić się, że to co widzę, jest wyspą, której się tam spodziewałem, a nie czymś innym, co wynikałoby z pozycji na chartplotterze. Zbliżanie się do lądu, wchodzenie do portu i na kotwicowisko musi się odbywać "na oko", a nie "na urządzenia". Parafrazując cytat z "Piratów z Karaibów": mapy są jedynie wskazówką, a nie wytyczną. Tym samym, manewry portowe i nawigowanie pomiędzy wyspami w niewielkiej (<2 mile) odległości należy robić tylko za dnia, szczególnie gdy tego miejsca nie znamy (niby ogólna uwaga, ale tu bardzo ważna). Trzy razy zdarzyło się nam zwalniać czy wręcz robić pętlę, żeby nie docierać w nocy, tylko z rana. I zawsze to była słuszna decyzja.

Po szóste - braki w oświetleniu. Wszystkie locje i mapy piszą, by światła nawigacyjne traktować jako możliwe do wystąpienia, ale niekoniecznie świecące. Ponoć w wyniku powszechnych kradzieży baterii, ale dla mnie nie ma to znaczenia - faktem jest, że w nocy to bardzo rzadko jakieś światełko mryga.

Po siódme - zaprowiantowanie w wodę pitną i całą resztę - trzeba liczyć minimum na tydzień, a w praktyce, jak ktoś jest uczulony na jakieś alergeny, to należy wziąć to pod uwagę i zaopatrzyć się w to, co mu będzie potrzebne na cały okres. Na CV niemal niemożliwe jest dostanie produktów bezglutenowych, czy choćby mleka bez laktozy. W zależności jaką wyspę wybierzemy jako pierwszą (z racji konieczności dopełnienia czynności imigracyjnych - na tej trasie zapewne Palmeira na wschodzie lub Mindelo na zachodzie) mamy różne opcje zaprowiantowania, uzupełnienia wody itp. Zdecydowanie większe możliwości daje nam marina w Mindelo - zarówno w uzupełnieniu wody jak i dostępności sklepów i produktów spożywczych w mieście.

Republika Zielonego Przylądka

Przed rozpoczęciem naszej wyprawy pisałem, że - z informacji, do których dotarłem - Wyspy Zielonego Przylądka kojarzą mi się z obrazem polskiej wsi sprzed 20 lat. To krzywdzące stwierdzenie i muszę je sprostować. Owszem, prawdą jest, że nie jest to współczesna Europa, prawdą jest, że są tu inne standardy życia, że dostępność produktów żywnościowych jest niska, że wszystko jest importowane, zatem droższe (np. pomarańcze w Europie za 1 euro, tu za 2-3 euro - i ten przykład dotyczy wielu innych artykułów, włącznie z np. papryką). To prawda, że np. dziś są pomidory, ale jutro czy pojutrze nie będzie - aż będzie kolejna dostawa. To prawda, że na nabiał nie bardzo można liczyć, i że to, co znajdziemy, nie jest trzymane w lodówkach. To prawda też, że jakość dostępnych warzyw jest z typu, który europejczyk nazwałby drugim lub trzecim gatunkiem (choć na targach można poszukać lepszych jakościowo, być może też świeższych).

Wreszcie, to prawda, że często można spotkać dzieci czy dorosłych chodzących po ulicy boso, że powszechne jest noszenie przez kobiety na głowie rozmaitych rzeczy (miski z praniem, rybą z wystającym ogonem, pudełkiem typu castorama, ...), że domy są często niedokończone czy raczej nieotynkowane i proste, czy też czasem nieco rozpadające.

To prawda też, że z wodą jest krucho i bardzo ją sobie cenią.

Ale nie spotkaliśmy tam żadnej agresji, pijanych czy naćpanych ludzi, ogólnego syfu na ulicy czy po prostu brudnych i śmierdzących ludzi. Wręcz przeciwnie, nie tylko dorośli, ale także i dzieci - wszyscy byli zadbani, zawsze ubrani w czyste (nierzadko białe) ubrania, nawet te maluchy biegające po zmroku i bawiące się na ulicy. Dla przykładu, siedzieliśmy sobie w różnych barach razem z lokalsami (taki sposób przyglądania się życiu w danym miejscu, jaki lubię) gdy w międzyczasie przychodzili do baru różni ludzie, w różnym wieku. Jedni oglądali mecz, inni przyszli pogadać czy napić się kawy. Zero agresji, zero pijaństwa, zero krzyków itp.

Jak zatem mógłbym zmodyfikować swoją wypowiedź? Powiedzmy, że ludzie na Wyspach Zielonego Przylądka żyją bardzo skromnie, ale schludnie. Że przywiązują wagę do higieny osobistej. Że nie wszczynają burd, że są przyjaźnie nastawieni do siebie oraz obcych. Że powszechne "Cabo Verde - no stress" faktycznie dobrze oddaje charakter. Że czas tu płynie inaczej, jest wyznaczany przez słońce a nie zegarki i nie umawiamy się "na 9:00", tylko "na rano". Potrafią się także nieźle zorganizować i nie siedzą na ganku czy przy drodze w rozpaczy nad swoim losem, tylko działają. Dla mnie świetnym przykładem jest powszechność transportu prywatnego. Na próżno szukać sensownej komunikacji publicznej na wyspach, za to wszędzie dojedziemy busikami czy pickup'ami. Pomiędzy miastami kursują "regularne" kursy, gdzie za określoną (niewielką) kwotę możemy się przedostać do innego miejsca. A jeżeli chcemy taki busik cały dla siebie lub chcemy pojechać gdzie normalnie nie jeździ? Wystarczy się dogadać na kwotę (można się targować ;-)), a zostaniemy zawiezieni, a w razie potrzeby taki busik poczeka na nas umówiony czas, by potem przywieźć nas z powrotem. A częstotliwości tych kursów mogłaby pozazdrościć niejedna metropolia...

Analogicznie udało się nam załatwić transport wodny, gdy mieliśmy problem z silnikiem do pontonu - zatrzymany przez nas rybak nie tylko zabrał nas na brzeg, ale po umówionych dwóch godzinach czekał na nas na nabrzeżu, by zawieźć nas z powrotem na łódkę.

Ważna też uwaga odnośnie płacenia euro/dolary zielonoprzylądkowe (escudo). Przelicznik oficjalny to 110 dolarów escudo za 1 euro. I taki przelicznik będzie stosowany np. na lotnisku przy wymianie waluty. Ale normalnie w sklepie nikt nie zawraca sobie głowy obliczeniami. Prościej jest stosować przelicznik 100 dolarów == 1 euro i tak właśnie będzie przeliczane euro, gdy będziemy płacić w euro. Czy wszędzie jest to możliwe - tego nie wiem, ale nie mieliśmy problemów ani w Midelo, ani w Palmeirze, ani w Espargos czy zupełnie lokalnym Tarrafal. Inna rzecz, że zawsze mieliśmy lokalne dolary i raczej nimi się posługiwaliśmy.

Przy okazji waluty - wypłacaliśmy w bankomacie używając karty rozliczanej w EUR. Sprawdziłem wyciągi i stosowany przelicznik był taki jak podałem wcześniej - wypłacając np. 1000 dolarów ściągało mi niewiele powyżej 9 euro.

Odprawa

To jest ciekawy rozdział, ponieważ szukałem tych informacji przed wylotem i znalazłem ich całkiem sporo, tyle, że nie były to informacje spójne i niekiedy różniły się w istotnych punktach. Ale w sumie ciężko się dziwić, gdyż nawet sami urzędnicy nie mówili wspólnym głosem.

Jest kilka ogólnych informacji:

  • Przybywając na Wyspy Zielonego Przylądka musimy się odprawić w jednym z trzech portów: Mindelo (NW), Palmeira (NE), Praia (SE).
  • Musimy odwiedzić urzędnika policji imigracyjnej, który musi nam wbić do paszportu stempelek "ENTRADA". Wystarczy, że pójdzie skipper ze wszystkimi paszportami i papierami łódki. Przydatne jest posiadanie wydrukowanych kopii list załogi - znacznie to przyspiesza, a i urzędnicy patrzą łagodniej, jak mają wszystko na tacy. U tego imigracyjnego musimy też zostawić jakąś niewielką kasę - ok 500 - 1000 escudo (5 - 10 euro). Potem musimy się udać do urzędnika policji morskiej (Policia Maritima), gdzie rejestrujemy swoje przybycie (checkin). Tam potrzebne też będą papiery od łódki, bo trzeba będzie wypełnić niekiedy śmieszne dane, które są w dokumentach rejestracyjnych. W przypadku, gdy wypływamy tego samego dnia, przechodzimy też odprawę (checkout) i wracamy z papierami na łódkę. W przypadku, gdy wypływamy innego dnia, to zostają nam zabrane niektóre z papierów łódki (dokumenty rejestracyjne oraz licencja łódki) - odbierzemy je przed wypłynięciem.
  • Policia Maritima nie jest czynna codziennie. Przykładowo, z reguły, jest zamknięta w niedzielę. Przypływając takiego dnia musimy odbyć całą procedurę pierwszego dnia roboczego. W przypadku, gdy już się zarejestrowaliśmy, ale chcemy wypłynąć właśnie w takim wolnym dniu, to musimy to wyraźnie zaznaczyć, najlepiej podczas checkinu, ale pewnie potem też da radę, byleby ich zastać. Wtedy urzędnik będzie musiał coś zorganizować. Odbywa się to różnie - albo papiery są zostawiane innej formacji, albo po prostu musimy kogoś złapać, a ten ktoś musi zadzwonić po władnego urzędnika, a ten musi przyjechać. No i oczywiście nie należy się nastawić na szybką reakcję, to może zająć kilka godzin. Ale to się akurat wpisuje w klimat "Cabo Verde - no stress" i brak większego przywiązania do czasu.
  • Gdy stoimy w porcie, to wybrane papiery łódki zostają na policji.
  • W każdym z urzędów zostawimy ok 500 - 1000 dolarów zielonoprzylądkowych.
  • Żeglarze nie potrzebują wiz (zapewne o ile nie zabawią zbyt długo), wystarczające są stempelki w paszporcie "ENTRADA" i "SAIDA". Wadą nie posiadania wiz jest właśnie obowiązek każdorazowego odwiedzenia policji morskiej gdy zmieniamy miejsce postoju.
  • W każdym z miejsc, gdzie się zatrzymujemy i schodzimy na ląd musimy najpierw odwiedzić policję morską (ściślej: musi skipper z paszportami załogi, papierami i listą załogi). I każdorazowo zostawić wspomnianą kwotę. Z reguły trwa to szybko, tylko trzeba się dopytać, gdzie możemy znaleźć "Policia Maritima".

Najciekawsza informacja dotyczyła natomiast kwestii naszego opuszczenia Cabo Verde. Normalnie, gdy przylatujemy samolotem, to na lotnisku opłacamy wizę i możemy podróżować po wyspach. Gdy przypływamy łódką nie mamy wizy, mamy jedynie stempelek "Entrada". Bez wizy. I tu się zaczynają schody. Według wszystkich dostępnych informacji w necie (do których dotarłem) mieliśmy potrzebować wizy, żeby samolotem wrócić do domu. Gdybyśmy opuszczali CV łodzią, to wiza miała nie być potrzebna. Takich samych informacji dostarczył nam base manager w Palmeirze oraz urzędnik imigracyjny w Mindelo. Przy czym, w Mindelo powiedział, że nie może nam dać wizy, bo może tylko kilkudniowe, a my mieliśmy lecieć dopiero za tydzień. Mieliśmy ją dostać w Palmeirze.

W Palmeirze urzędnik stwierdził, że nie wyda nam wiz,... bo nie są nam potrzebne. Wystarczy pieczątka, którą otrzymaliśmy w Mindelo (owa Entrada). I muszę powiedzieć, że do końca nie byłem pewien, czy to zadziała. Ale... zadziałało. Faktycznie wystarczy Entrada, bez żadnych wiz (których koszt to od 25 do 75 euro w zależności od długości, typu i źródła informacji).

Tak czy siak, radzę się dopytywać za każdym razem, a jak będą nam chcieli tę wizę wcisnąć... to kupić. Bo przepisy i zasady mogą się zmienić z dnia na dzień.

Mindelo /wyspa São Vicente/

Na relację zdjęciową przyjdzie jeszcze poczekać, ale kilka słów mogę już napisać. Po pierwsze - jest to jedno z trzech głównych miast, w których możemy się odprawić, przybywając na Cabo Verde. Poza Mindelo jest to jeszcze Palmeira na wschodzie oraz Praia na południowym wschodzie.

Jednocześnie, jest to - jak do tej pory - jedyna marina z prawdziwego zdarzenia, czyli są pomosty, na pomostach jest prąd i woda. Przy parkowaniu czeka na ciebie obsługa, a jak potrzeba, to i pomogą ribem. Z ciekawostek, to gdy spojrzeć na mapę, to początkowo jej ułożenie w zatoce może się wydać dziwne (jest pod kątem względem lądu), ale jest to celowe. Dostosowane jest do przeważających tam wiatrów NE, dzięki czemu z jednej strony dopycha nas prostopadle do kei, z drugiej - odpycha. Niewiele jest wiatrów bocznych. Co więcej, po stronie nawietrznej nie ma linek do muringów, zamiast nich są bojki, do których obsługa pomaga się umocować, a z rufy standardowo mamy cumki. Po stronie zawietrznej nie mamy bojek, ale mamy standardowe linki do muringów, które obsługa naciąga i podchodzimy w standardzie znanym ze śródziemnego (tam, gdzie są muringi :)). Tu też z rufki standardowo cumy. Wynika z tego, że po jednej stronie pomostu wisimy na bojce od dzioba, a po drugiej na cumkach z rufy.

Podchodząc zgłaszamy się na kanale 72 (uwaga, jest zmienione w stosunku do tego, co jest w locji). Na falochronie ta informacja jest zresztą wywieszona, ale życie pokazuje, że można ją przeoczyć i się wołać na próżno.

Co do odprawy, to najlepiej dopytać się wszystkiego w biurze mariny - tam są sympatyczne kobitki, które dadzą mapę z zaznaczonymi miejscami co i gdzie, wytłumaczą i wyjaśnią. Ważne jest, że biuro policji nie jest w samej marinie, tylko w porcie (po dojściu do głównej drogi trzeba skręcić w lewo i iść spory kawałek). Musimy zaliczyć policję imigracyjną, gdzie dostajemy stempelek "ENTRADA", a potem do policji morskiej, gdzie meldujemy swoje przybycie. Przydatna uwaga - jeżeli przypłynęliśmy i chcemy zrobić checkin, to powiedzmy o tym w biurze Policia Maritima, bo jest druga kolejka, trwa krócej a i tak trzeba wypełnić dodatkowe papiery. Swoje i tak odstoimy przy checkoucie :).

W marinie są łazienki, biuro, mały sklepik żeglarski, i tym podobne udogodnienia. Jest WiFi, ale jakością nie grzeszy. Jest niestabilne, ciężko się połączyć, rozłącza się i w ogóle szkoda czasu (choć czasem się udawało połączyć :)). Obok jest WiFi w barze (floatingmarina), ale też szału nie ma. W zakresie WiFi to radzę udać się do jakiegoś baru na mieście.

Ale jest jedna rzecz, na którą bym chciał zwrócić u uwagę. To nie jest "typowa" marina, jakie do tej pory spotykałem. Chodzi o to, że to nie było miejsce zajmowane przede wszystkim przez jachty czarterowe, tylko jachty właścicielskie. Z reguły kilkunasto - kilkudziesięcio letnie łajby, przy których coś tam ludzie grzebali przed wyruszeniem na Karaiby lub gdzie indziej w świat. Każda miała jakiś zestaw patentów - czy to dotyczących zapewnienie w zasilanie (rozmaite elektrownie wiatrowe, słoneczne i wodne), czy to organizacji wszystkiego na łódce, czy to łączności (anteny radiowe, satelitarne, radarowe, wifi bat'y - czyli extendery do sygnału WiFi na kilka mil), ..., słowem: rozmaite. I ta rzesza ludzi, chodzących pomiędzy, pozdrawiająca, wymieniająca uwagi, podglądająca rozwiązania innych. To nie jest atmosfera mariny w Chorwacji, we Włoszech, czy nawet na Kanarach. Tak właśnie wyobrażam sobie miejsca bardziej odludne, gdzie zbiera się brać żeglarska. I takie miejsca mi się podobają.

W Mindelo jest też kotwicowisko, na które można stanąć. Dinghy można natomiast zostawić przy pomoście barowym - z tego co się zorientowałem, to bezpłatnie, o ile w tym barze się posilimy/napijemy. Ale należy się upewnić, bo zasady mogą się zmienić, a dodatkowo sami z tego nie korzystaliśmy - staliśmy przy pomoście. Stojąc na kotwicy możemy też w biurze mariny wykupić mały pakiecik umożliwiający korzystanie nam z infrastruktury (choćby łazienek).

Zaopatrzenie jest całkiem niezłe, jak na Wyspy Zielonego Przylądka. Jest kilkanaście sklepów, jest targ rybny, co najmniej dwa targi warzywne. Do tego trzeba dodać, że jest całkiem schludnie i czysto - nawet na targu rybnym. Natomiast wszystko to, co napisałem wcześniej odnośnie ogólnej dostępności produktów, pozostaje w mocy. To nadal są wyspy CV.

Bankomatów jest kilka, żeby nie powiedzieć, że kilkanaście. Trzeba się przejść wzdłuż głównej drogi - tam jest ich kilka, a pozostałe zdarzają się w pomiędzy uliczkami. Nie należy się zrażać, jak w jakimś nie ma pieniędzy - to może się zdarzyć i trzeba się z tym liczyć. Bywa też, że nie znajdą się już w żadnym bankomacie (szczególnie w niedzielę). Ale należy poszukać innego, może dopisze szczęście. Nie należy się też zrażać, jak nasza karta nie będzie obsługiwana w danym bankomacie - nam się tak zdarzyło z dwoma różnymi kartami (różne konta, różny wystawca, różne banki, jedna visa, inna master card) - czasem była przyjmowana jedna, a druga nie, czasem na odwrót. Nie mam pojęcia od czego to zależy.

My posługiwaliśmy się kartą rozliczaną w EUR (mBank) i - jak pisałem wcześniej - kurs był uczciwy (110 $ za 1 eur), taki sam, jak stosowany potem w drugą stronę, jak opuszczając wymienialiśmy pozostałe nam dolary na euro.

W Mindelo jest stacja benzynowa przy jednym z pomostów (wygodnie dostępna).

Palmeira /wyspa Sal/

Jest to zupełnie inna wyspa niż São Vicente (Mindelo). Nie ma mariny, jest tylko kotwicowisko. Są wraki (jak zwykle) i jachtów też trochę stoi. Dinghy można podpłynąć i zostawić na brzegu bez ochrony (można przywiązać linę do zakotwiczonego ucha lub wokół słupa). My rzuciliśmy 2 kotwice w tandemie blisko brzegu (na ok 2.5 metra) i wydaliśmy blisko 30 metrów łańcucha (staliśmy na ok 3-4 metrach). Łódka tańczyła w ograniczonym zakresie dzięki przeważającym wiatrom N-NE-E.

Pamiętajcie o założeniu kłódki na silnik do pontonu, zabieraniu zrywki i innych zabezpieczeniach, które macie. W nocy wyciągajcie silnik z pontonu na łódź (i oczywiście załóżcie kłódkę).

Nie ma żadnej infrastruktury żeglarskiej, jest jeden czy dwa sklepiki, kilka barów, budka z dostępem do internetu (na stojących komputerach tylko, my za godzinę zapłaciliśmy 1 euro).

Do najbliższego miasta - Espargos - dojedziemy komunikacją lokalną, wraz z innymi kabowerdeńczykami za 50 dolarów, do Santa Maria za dodatkowe 100 (jest dalej). Zaopatrzenie da radę zrobić w Espargos, ew. część rzeczy w lokalnym sklepie w Palmeirze.

Nie ma stacji paliwowej, ewentualne paliwo trzeba sobie dowieźć samemu w kanistrach.

Policia Maritima oraz urzędnik imigracyjny są do namierzenia na drodze (krótkiej) prowadzącej z postoju dinghy do "głównej" drogi w mieście, łączącej ją z innymi miastami.

Tarrafal /wyspa São Nicolau/

Tylko kotwicowisko, ale całkiem długie. Dojazd na brzeg pontonem, ale trzeba podpatrzeć, gdzie można zostawić - my (z racji popsutego silnika) skorzystaliśmy z podwózki przez rybaka (w obie strony wraz z poczekaniem 2h zapłaciliśmy 600 dolarów eskudo).

O Policia Maritima najlepiej zapytać na brzegu, w szczególności napotkanych policjantów (często się kręcą po mieście - ta uwaga dotyczy wszystkich miast, nie tylko Tarrafal). Jest kilka barów, sklepów, jest mały "targ" z warzywami.

Windyty 16.753330, -22.979800 z 2015-12-05 00:00

Wiatr:

Zafalowanie:

Ciśnienie: