12: 2015-11-29 03:00   Nocne zgibka wachtowanie

Przewidywania się sprawdziły - wiatr siadł zupełnie, ściągnięte prognozy nie zapowiadały poprawy sytuacji, a wręcz jej pogorszenie (wiatr jeszcze bardziej miał osłabnąć). Postanowiłem użyć cięższej...
Czytaj dalej

 
Nocne zgibka wachtowanie
2015-11-29 03:00
GPS: 17.367820 / -24.578470 (36 mil do celu)

Przewidywania się sprawdziły - wiatr siadł zupełnie, ściągnięte prognozy nie zapowiadały poprawy sytuacji, a wręcz jej pogorszenie (wiatr jeszcze bardziej miał osłabnąć). Postanowiłem użyć cięższej i głośniejszej artylerii w postaci silnika. Pogrzebałem jeszcze w ustawieniach chartplottera i udało mi się zaprezentować obok mapy kilka ważnych dla mnie teraz informacji, czyli odleglość do markera podejścia do Mindelo, spodziewany czas dotarcia, prognozowany pozostały czas oraz bieżącą godzinę. Dzięki temu mogliśmy zoptymalizować potrzebną moc na tyle, źeby być na czas - ani za dużo, ani za mało.

Wypłaszczone morze było świetnym momentem na zrobienie warzyw z pieca, tym bardziej, że już niektóre się nam już zaczynały psuć, lub wręcz trzeba było je wyrzucić. Na deser - papaja.

Obiadokolację jedliśmy w kokpicie, przy lampce, już w zupełnych ciemnościach, takich, jakich do tej pory w tym rejsie nie mieliśmy. Słońce już dawno zaszło, księżyca jeszcze nie ma, niebo zasnute całkiem grubą warstwą chmur. W efekcie noc czarna tak, że poł metra poza łódkę nic nie widać. Jak to podsumowała Gosia - wrażenie, jakbysmy byli na scenie w teatrze. W kokpicie mamy całkiem jasno, a wszędzie indziej ciemność.

Po kolacji przyszla pora na pierwszą wachtę, którą obięla Gosia z Arturem. Trochę zaczynało kropić, więc postawiliśmy szprycbudę, głównie, żeby nie kapało nam na schody. Zresztą, i tak nic nie było widać, taka ciemność. Światła statków byśmy widzieli, ale czegokolwiek na wodzie już nie.

Zszedłem pod pokład poczytać trochę i słyszę "bum" w burtę, od strony stolika nawigacyjnego. Po chwili jeszcze raz. Tego było za dużo, więc wychodzę do kokpitu z pytaniem w stylu "co jest grane?!" Okazuje się, że to latające rybki urządziły sobie skoki i od czasu do czasu wpadają na nas. Pewnie zachodzą w głowę (mam nadzieję, że przeżywaja to zderzenie) co to za przeszkoda im się po drodze trafiła...

Schodzę zatem pod pokład. Te głuche, ale miękkie uderzenia powtarzają się, co więcej, zaczynaja się pojawiać takze z innych stron - od drugiej burty oraz nad moją głową. Po chwili okazuje się, że naruszyliśmy przestrzeń powietrzną tych dzielnych rybek i postanowiły nam wypowiedzieć wojnę. Tyle, źe my walczyć nie chcieliśmy. My byliśmy nastawieni pokojowo. Pierwszego śmiałka, który postanowił wedrzeć na pokład Artur musiał oswobodzić i wrzucić z powrotem do morza, bo bidak wpadł w taką dziurę, że nie dał sam rady się wydostać. Kolejny sprobował wziąć nas z lewej burty, ale wykonał zbyt krótki skok i nie osiągnął celu. Zamiat tego wylądował na pokładzie, ale poza kokpitem. Artur już mu biegł z pomocą humanitarną, bo zapowiedziałem, że jeńców nie bierzemy, ale ma wolną rękę i może im pomagać. Ryba jednak sama sobie pomogła - rozwinęła swoje skrzydło (mieliśmy okazję zobaczyć jakie ono wielkie i jaką ma konstrukcję), poczekała na wiatr, a on już zrobił resztę - żołnierz wrócił do swojego oddziału. My, na wszelki wypadek, skryliśmy się pod szprycbudą, żeby nas jakiś nie zaatakowała.

Widząc, że siły przeciwnika nie są przeważające udałem się na spoczynek przed swoją nocną wachtą. Sen przebiegł bez zakłóceń. Gdy obejmowałem wachtę dowiedziałem się o kolejnych próbach abordażu, jednak wszystkie kończyły się pomocą humanitarną ze strony Gosi i Artura. Jak już zostalem sam, to zrobiłem inwentaryzację ciosów otrzymanych w walce. Takowych nie znalazłem, natomiast znalazłem dwie inne rybki, które niestety nie zostały dostrzeźone i nie doczekały się pomocy.

Koniec końców, o północy ataki były już zakończone. My płyneliśmy dalej, a rybki pewnie poszukają innego celu.

Chwilę przed pólnocą i moją wachtą przyszedł do nas lekki wiaterek. Nic wielkiego, bo jakieś 8 do 12 wezłów, ale ze wschodu, zatem całkiem nam pasował. Postwnoiłem zrobić z niego użytek i wywaliłem genuę. To pozwoliło zmniejszyć obroty silnika z 1800 na 1600. Całkiem nieżle - ciszej i taniej :) W grota już się nie bawiłem, bo przy tej sile i falach, które by się pojawialy od czasu do czasu, to by strzelał i budził załogę. A i tak już Artur się wybudził i wylazł "tak jak spał" sprawdzić co się stało, że mu ktoś melodię silnika zmienia (jest jedynym na pokładzie, który życzy sobie silnika do snu jako usypiacza). Aspekt ekonomiczny chyba go jednak przekonał, zaakceptował wolniejsze obroty i wrócił spać.

I tak sobie wachtuję, tu podreguluję żagielek, tu pokręcę manetką. Słyszę też co jakiś czas jakieś cienkie głosiki. Początkowo myślałem, że to delfiny przyszly się pobawić, ale nie. Udało mi się je powiązać z przelatującymi rybami. Za dnia tego nie słyszałem, ale może za dnia uwaga jest rozproszona. W każdym razie te już nie są wrogo mastawione - po prostu przelatują i "ćwierkają".

Dochodzi trzecia nad ranem według czasu na Kanarach, zatem druga na Cabo Verde, a w Polsce - czwarta. Do celu zostało nam już poniżej 37 mil. Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli, to następna relacja będzie już z Cabo Verde :) I własnie to mnie skłoniło do opisania zawczasu tego, co się ostatnio wydarzyło. Potem może nie będzie już tyle czasu, poza tym będzie całą masa innych wrażeń, zapewne też wartych odnotowania.

Windyty 17.367820, -24.578470 z 2015-11-29 03:00

Wiatr:

Zafalowanie:

Ciśnienie: