Najnowsze wpisy są na samym dole, zatem wygodnie jest czytać całość, od góry do dołu :)
Jeżeli chcesz, to przełącz tak, aby najnowsze wpisy były na górze, a im dalej tym starsze :)
 
 
 
Cel - Sardynia
2015-07-01 23:00

Wakacje wakacjami, ale po wakacjach będzie wrzesień... A wtedy lecimy na Sardynię, żeby sobie popływać po (miejmy nadzieję) urokliwym północno-wschodnim wybrzeżu Sardynii.

Tym razem łódkę dostarcza Boomerang Yachting & Charter za pośrednictwem RAS Sailing, a płyniemy Oceanisem 37 (z 2010 roku).

Zaskoczeniem była kwestia dotarcia. Szukaliśmy wygodnego i taniego połączenia lotniczego najlepiej do Olbia, ale nie bardzo mogliśmy coś znaleźć. Albo daty nie pasowały, albo gdzieś spoza Warszawy (zatem trzeba doliczyć koszty i czas dotarcia z/do tego lotniska), albo ceny bagażu kosmiczne. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Alitalia na trasie Warszawa - Cagliari. Żeby dotrzeć do Portisco (gdzie będzie na nas czekać łódź) po prostu wypożyczymy samochód. To pozwoli też na zwiedzenie wschodniego wybrzeża wyspy.

Przygotowania w toku - książki, poradniki, locje, mapy, język...

 
Odbieramy Mary
2015-09-12 23:00
GPS: 41.037900 / 9.523700 Zdjęcia innych z tego miejsca

Do Olbii dotarliśmy dzień wcześniej, gdyż lądowaliśmy w Cagliari, skąd wzięliśmy samochód by dostać się na północ wyspy. Noc spędziliśmy w hotelu Moderna, który spokojnie można polecić. Rano udaliśmy się do Portisco, gdzie załatwiliśmy formalności czarterowe i umówiliśmy się na okolice godziny 14:00 na odbiór łódki. Sprawdziliśmy, co możemy kupić na miejscu, a co musimy przywieźć z miasta. Potem wróciliśmy do Olbii, gdzie zdałem auto, a w tym czasie F. robiła niezbędne, dodatkowe zakupy. Dojechałem do niej autobusem, spakowaliśmy się i zamówiłem taksówkę. I tu uwaga dla wszystkich chcących dostać się z Olbii do mariny w Portisco - wprawdzie jest jakiś autobus z miasta (z lotniska i tak trzeba najpierw podjechać do miasta - trzeba się upewnić), ale jednak najlepszym sposobem jest zamówienie taksówki. A ponieważ najlepiej umowić się z taksówkarzem wcześniej, to warto rozważyć pozostawienie tego firmie czarterowej.

Swoją drogą, to od momentu kupienia biletów jednej rzeczy się obawialiśmy... Naczytałem się w się w sieci, jakto Alitalia gubi bagaże, szczególnie w Rzymie (a mamy tu międzylądowanie, a Alitalia sama przepakowuje bagaż do drugiego samolotu). Można by rzec, że jest z tego znana. Próbowałem sobie wytłumaczyć, że jestem przewrażliwiony i że nie może być tak, że nas to spotka. Gdyby tak się stało, to byłoby kiepsko, bo co innego zastępcze przybory toaletowe, a co innego bagaż, który bierzemy na łódkę... Wracając do tematu... Byłem spokojny do czasu, aż zauważyłem walizkę na środku lotniska. Pewnie kiedys był samolot, który miał ją wziąć, ale mu się nie udało. Po jakimś czasie podjechała obsługa i zapakowała ją na wózek.

2300

Później jeszcze kilkakrotnie widzieliśmy walizki porozrzucane na płycie lotniska. Obawy jak widać nie były bezpodstawne... Koniec końców nasze bagaże dojechały z nami. Uff...

Jak już wróciliśmy z zakupami, to nasza "Mary" już była gotowa do przejmowania. Prawie, bo nie miała grota, ale pomijając tę drobną niedogodność, to mogliśmy się na nią wgramolić i sprawdzać co jest a czego nie ma. W przypadku Boomeranga (nasza firma czarterowa) podczas przejmowania może być tylko skipper i jego co-skipper. Reszta oraz bagaże muszą czekać aż do zakończenia procedury. W sumie słusznie, tłok niewskazany, a i bagaże przeszkadzają :) Jako, że nasza załoga składała się tylko ze skippera i jego co-skippera, to wszyscy weszliśmy na pokład :)

Przejmowanie odbyło się całkiem sprawnie, w sumie dzięki przygotowaniu łódki przez Boomeranga oraz przygotowanej listy inwentarzowej z dokładnym umiejscowieniem danej rzeczy. Drobne niedogodności, czy zauważone problemy były usunięte w tempie ekspresowym, a do wieczora mieliśmy też nawet żagiel i ponton :) Jest jednak kilka rzeczy, na które warto zwrócić uwagę, a których nawet w umowie czarterowej się nie znajdzie. Przykładowo radio VHF. Standard, niby czego tam szukać. A jednak. Okazało się, że nie ma wpisanego numeru MMSI (jednoznacznie identyfikuje łódkę), o czym, głosi komunikatem zaraz po włączeniu. Brak tego numeru wyłącza całkowicie funkcjonalności DSC (cyfrowy kanał łączności), najczęściej łączonego z systemem wzywania pomocy DISTRESS. Ideą jest, aby można było wezwać pomoc w jak najprostszy, najkrótszy i najskuteczniejszy sposób, przekazując jednocześnie służbom ratunkowym, informacje wystarczające do podjęcia akcji. W minimalistycznej wersji wystarczy wcisnąć jeden guzik. Ponieważ radio jest podłączone do GPS, to wysyła pozycję, ponieważ ma zakodowany nr MMSI, to służby będą od razu wiedziały, czy to mały jacht wzywa pomocy, czy jakiś wycieczkowiec lub tankowiec - a co za tym idzie, wyślą odpowiednią pomoc. Dodatkowo (właśnie dzięki jednoznacznej identyfikacji MMSI) będą mogły powiadomić zgłoszone osoby. A wszystko jest nadawane automatycznie właśnie tym kanałem cyfrowym (DSC), który zapewnia większą pewność dotarcia sygnału.

Oczywiście zgłosiłem to jako problem, ale w odpowiedzi usłyszałem, że nie chcą oszukiwać klientów, więc nie będą ściemniać, ale nie rejestrują odbiorników, bo tak jest taniej :) Wtedy to mnie zatkało trochę, bo ja jednak wolałbym mieć pełne wyposażenie i funkcjonalność. Darowałem jednak, bo Grecy nauczyli mnie, że można w ogóle nie posiadać radia, albo, że jedno można odłączyć, a drugiemu skończą się baterie :) w każdym razie, ja zawsze wożę ze sobą swojego ręczniaka. Wprawdzie funkcji DSC nie ma, ale można je wziąć ze sobą w razie potrzeby.

Druga ciekawostką są liny. Po pierwsze lubują się w linach zbyt cienkich. Np do rolera grota założyli tak cienkie linki, że stopery popuszczają, gdyż są przeznaczone do większego przekroju. Jak wykażą nasze późniejsze testy, to działają tak do 15 węzłów wiatru (pozornego). Wtedy łódka ładnie idzie, nawet do 7 węzłów. Przy większym wietrze, niestety, linki nabierają luzu. Nie ma też jak jej zablokować (np. na drugim kabestanie), bo go nie ma. A supełka wiązać nie będę :-p

Po odbiorze łódki zrobiliśmy resztę zakupów i ulokowaliśmy się na łódce. W zapowiedzi na jutro (niedzielę) był meeting ok 9:00 ze skipperami - przekazanie informacji o akwenie, ostrzeżeniach, miejscach wartych odwiedzenia. Zmęczeni dotychczasowymi pracami poszliśmy spać.

 
SMS-LOG 2015-09-12 12:00
2015-09-13 12:00
GPS: 41.032000 / 9.524000 Zdjęcia innych z tego miejsca

Wypływamy!

 
No to SiUP :)
2015-09-13 16:00
GPS: 41.160780 / 9.410280 Zdjęcia innych z tego miejsca

Poranny meeting skipperów rozpoczął się o 9:30 i zakończył ok 10-tej. Wyposażeni są w reprodukcje map w wielkości zajmujące całą ścianę. I ładne, i na temat, i jeszcze użyteczne :). Przekazywane informacje rzeczywiście były ciekawe. Co bardziej zaradni byli przygotowani w małe mapki lub rejestratory głosu (dyktafon ;)). Ja w notes, który jednak szybko okazał się zbyt kiepskim wyborem. Ilość informacji (co, gdzie, czego unikać, gdzie tylko na dzień, a gdzie na noc) była olbrzymia, a na dodatek wystrzeliwana z prędkością karabinu maszynowego. Na dodatek, jak pisałem to nie patrzyłem na mapę, a wtedy do zgubienia droga prosta :) Najchętniej bym widział patent rodem z Rumbo Norte (Baleary), gdzie każdy miał, oprócz map standardowych, dodatkowe kartki (wydruki) mapek z zaznaczonymi miejscami niebezpiecznymi, z dobrymi kotwicowiskami, itp.

/Jak się potem miało okazać (przedostatniego dnia), to na tych olbrzymich mapach były pieczątki z uśmieszkami wskazujące polecane miejsca. Problem w tym, że wcześniej tego nie zauważyłem - zrobiłbym zdjęcia, oraz w tym, że praktycznie całe wybrzeże było jednym wielkim uśmiechem :)/

Po spotkaniu wyruszyliśmy na morze. Choć pierwotnie chciałem iść do Bonifacio, to jednak - ze względu na godzinę - zdecydowałem, że pójdziemy do jakiejś zatoczki, gdzieś bliżej. Po drodze okazało się, że grot, który to nam panowie montowali poprzedniego dnia był źle zamontowany :) Brakowało jednej części, którą zresztą zauważyłem, jak kończyli montować żagiel, ale zbyli mnie, że to tylko "per bellezza", no tak, żeby piękniej było. Okazało się, że jednak nie tylko po to :). Umówiłem się na naprawę na następny ranek. Wysłałem zdjęcia co i jak, dzięki czemu wiedzieli co trzeba będzie zrobić.

Poczatkowo mieliśmy wiatr pomiędzy 21 a 27 węzłów (pozornego, szliśmy bajdewindem), żegluga była przyjemna - poza faktem, że grot miał defekt, a ja sobie rozwaliłem rękę walcząc z nim w czasie drogi. Potem spadł do 8 węzłów, by na koniec siąść zupełnie.

Jako cel na dziś wybrałem zatoczkę Golfo Saline, raptem 14 mil od portu macierzystego. Ot tak, żeby się ruszyć, mieć czas na odpoczynek i zapoznanie się z łódką. Dodatkowo, chcieliśmy wypróbować naszego kompana wyprawowego. SUP, czyli "Stand Up Paddle", przypomina nieco większą deskę surfingową, tyle tylko, że o ile można na niej robić to, co na surfingowej, to w zasadzie przeznaczona jest to eksploracji powierzchni morza z napędem w postaci wiosła. Z reguły stojąc na desce, ale można też siedzieć, klęczeć (to chyba za karę) czy po prostu moczyć nogi. Naszego SUPa wypożyczyliśmy razem z łódką i jest w wersji dmuchanej, aczkolwiek sprawia wrażenie jakby był z pianki. Przed wyjazdem obejrzeliśmy na youtubie kilka filmików instruktażowych co i jak, zatem "byliśmy przygotowani" :)

Pozostało spróbować samemu.

Pierwsze próby okazaly się pomyślne, nawet dało się na niej ustać. A swoją drogą, to niezłe ćwiczenie na balans i równowagę. Motywacja jest, bo po co wpadać do wody?

Odkryłem natomiast co innego - jeżeli położyć nogi na desce i machać wiosłem, to można całkiem nieźle zasuwać! Zabawa przednia i cieszę się, że wzięliśmy go na pokład. Jak się potem okaże, ponton będziemy spuszczać sporadycznie, natomiast SUP ląduje w wodzie na każdym postoju :)

0913-16 0913-16 0913-16 0913-16 0913-16 0913-16 0913-16

 
Oberwanie chmury
2015-09-13 16:30
GPS: 41.160780 / 9.410280 Zdjęcia innych z tego miejsca

Nie było dane nam zbyt długo popływać, bo przyszedł deszcz. Ale taki, jakby go kto lał wiadrami. Ściślej mówiąc - grad z deszczem, bo to co padało, czasami było grudkami lodu :)

Nie trwał zbyt długo - kilka, może kilkanaście minut - a po nim zobaczyliśmy piękną tęczę...

0913-17 0913-17 0913-17 0913-17 0913-17

 
Kula
2015-09-13 16:30
GPS: 41.160780 / 9.410280 Zdjęcia innych z tego miejsca

Tym razem mała dygresja - stojąc na kotwicy jesteśmy zobowiązani informować o tym fakcie innych. W nocy jest to światło kotwiczne, w dzień - czarna kula, wywieszona podobnie jak na poniższym zdjęciu.

I tu ciekawostka - o ile w Grecji, czy na Balearach niespecjalnie się ktoś kwapił, żeby za dnia wieszać kulę, to tu praktycznie każdy, kto stał na kotwicy, miał za dnia wywieszone owo oznaczenie. Mały, zwykły jachcik, czy taki trochę większy, czy nawet jeszcze większy - wieszanie kuli było tak samo powszechne jak zapalanie światła kotwicznego.

0913-1630

 
SMS-LOG 2015-09-14 07:30
2015-09-14 07:30
GPS: 41.160000 / 9.410000 Zdjęcia innych z tego miejsca

Ruszamy do Cannigione po silnik do pontonu i serwis grota

 
SMS-LOG 2015-09-14 09:45
2015-09-14 09:45
GPS: 41.106000 / 9.441000 Zdjęcia innych z tego miejsca

Mamy nowy silnik i naprawiony grot! Ruszamy do Bonifacio!

 
Bonifacio
2015-09-14 17:30
GPS: 41.389600 / 9.160000 Zdjęcia innych z tego miejsca

Skoro świt ruszyliśmy w omówione z serwisantami miejsce - port Cannigione. Do przebycia mieliśmy ok 5 mil, niestety w kierunku południowym. Mieliśmy w planach zdobycie Bonifacio - na północ od naszej zatoki, zatem dochodziło nam dodatkowe 10 mil + czas naprawy (ścisłej oczekiwania na serwis i potem naprawy).

O 10 było już po wszystkim i byliśmy w drodze. Mieliśmy naprawiony żagiel oraz wymieniony silnik do pontonu, bo poprzedniego nie byłem w stanie odpalić.

Droga do Bonifacio była nieciekawa. Ciągle pod wiatr, a dodatkowo okazało się, że wprawdzie wózek od grota już działa prawidłowo i nie wypada z szyny, to jednak nie jesteśmy w stanie zapewnić prawidłowego profilu żagla - liny od rolera oraz napinającą lik dolny są zbyt cienkie jak na kabestan i stopery. Przy silniejszym wietrze stoper nie jest w stanie jej utrzymać i "popuszcza". W efekcie, lik dolny grota gubi kształt i pracuje delikatnie mówiąc "niezbyt efektywnie". Efektownie zresztą to też nie wyglądało :)

Jedyne, co nam pozostało, to (oprócz zmiany trasy, ale na to wpadliśmy zbyt późno), to podziwianie brzegów Bonifacio. A trzeba przyznać, że robią wrażenie.

Do portu dotarliśmy o 17, gdzie okazało się, że jest ciasno i nie bardzo są jakieś miejsca. Wprawdzie dzwoniłem wcześniej z prośbą o rezerwację, ale dostałem odpowiedź, że nie trzeba, bo miejsc mają sporo. Fakt, faktem, udało się zaparkować, ale po pierwsze daleko, po drugie staliśmy koło skrzynki, gdzie wtyczki z prądem były 3 razy większe. Niestety, kapitanat zamknął się pół godziny przed czasem i przejściówki też nie zaznaliśmy.

Rekompensując sobie wszystkie niedogodności (w szczególności tę związaną z przedzieraniem się przez cieśninę), wybraliśmy się na klify. No i powiem tylko tyle, że było warto :)

0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730 0914-1730

Jeżeli komuś za mało zdjęć klifów, to jutro będzie nowa porcja :)

 
Opuszczamy Bonifacio
2015-09-15 08:00
GPS: 41.389600 / 9.160000 Zdjęcia innych z tego miejsca

O 8-mej zdecydowaliśmy się opuścić port i ruszyć w dalszą drogę. Słońce padające z drugiej strony dało szansę na porcję nowych zdjęć :)

0915-08 0915-08 0915-08 0915-08 0915-08 0915-08 0915-08 0915-08 0915-08 0915-08

 
RAJ po raz pierwszy
2015-09-15 11:00
GPS: 41.337380 / 9.251680 Zdjęcia innych z tego miejsca

Pierwszym celem dzisiejszego dnia jest zatoczka na wyspie Lavezzi. Miała być "amaizing", jak większość miejsc, o których mówił Sergio na meetingu skipperów. Rzeczywistość pokazała, że tym razem nie mijał się z prawdą. Miejsce jest urokliwe i na pewno warto tu zajrzeć, choć - patrząc na to, co się dzieje po sezonie, to w czasie sezonu może tu po prostu nie być miejsca! Za to woda - krystaliczna. Aż chce się tu zostać...

Jedynym mankamentem jest fakt, że to piękno sprowadza tu całe mnóstwo statków wycieczkowych z turystami.

0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11 0915-11

 
RAJ po raz drugi
2015-09-15 14:30
GPS: 41.293000 / 9.371580 Zdjęcia innych z tego miejsca

Jak opuściliśmy Raj na wyspie Lavezzi po stronie Korsyki, to skierowaliśmy kroki do Parku La Maddalena, ściślej na wyspę Santa Maria, do zatoki o takiej samej nazwie (cala S. Maria). Nie jest to jeszcze planowane miejsce na noc, ale faktycznie, tym razem zamierzamy rzucić kotwicę w Parku Narodowym.

0915-1430 0915-1430 0915-1430

Dla wybierających się tam garść informacji w telegraficznym skrócie:

  1. Żeby pływać po wodach należących do Parku Narodowego La Maddalena wymagane jest zezwolenie. Zezwolenie można kupić w wybranych portach, być może u swojego armatora, albo po prostu online. Ta ostatnia forma ma tę wygodę (o ile mamy internet :)), że kupujemy wtedy, gdy zdecydujemy się tam wpłynąć, a ponieważ zezwolenie dotyczy konkretnego dnia, to jest to chyba najwygodniejsza opcja. Płatność (tylko) przy użyciu Pay-Pal'a, za to dostaniemy 5% zniżki :)

  2. Żeby się tam zatrzymać na noc jacht musi bezwzględnie być wyposażony w zbiornik na nieczystości (a zawór powinien być zamknięty, co jest oczywiste). To nie powinno dziwić, zresztą, to powinna być norma gdziekolwiek się staje - porcie, czy kotwicowisku...

  3. Koszt zezwolenia jest zależny od łódki, okresu, liczby osób na pokładzie oraz tego, czy chcemy schodzić na ląd. Spędzając już 3 dni warto się zastanowić nad pakietem tygodniowym, gdyż koszt będzie porównywalny, a daje swobodę i możliwość powrotu "w cenie".

 
Nocleg w parku - Cala Portese
2015-09-15 18:10
GPS: 41.184400 / 9.465800 Zdjęcia innych z tego miejsca

Jak zamierzaliśmy, tak postąpiliśmy. Rzuciliśmy kotwicę w zatoce Portese, na wyspie Caprera. Jak się okazało, nie było to jedno z najpiękniejszych miejsc w Parku La Maddalena. Dwie podstawowe sprawy:

  1. podczas przyboju na plażę jest wyrzucanych mnóstwo wodorostów, które tworzą wał na plaży i nie jest przyjemnie po tym/w tym łazić.

  2. ląd jest bardzo cienki w tym miejsu i przechodząc na lądzie 20 kroków znajdujemy się po jego drugiej stronie, gdzie też jest zatoczka, tyle, że jeszcze mniej urokliwa a dodatkowo z jezdnią i ruchem kołowym (także autobusowym).

Żeby nie było - miała też swoje zalety :) Po pierwsze - była spokojna, po drugie, jak przypłyneliśmy, to po chwili wszyscy uciekli i zostaliśmy sami. Wprawdzie przed zmrokiem pojawiły się jeszcze dwie inne łódki, ale miejsca było na tyle dużo, że nikt nikomu nie przeszkadzał i nie wchodził w paradę.

Był czas na zwiedzenie okolicy na SUPie, sprawdzenie, czy kotwica jest dobrze zakopana, czy okolice nie mają skał przykrytych wodą oraz takie tam :)

Atrakcji natomiast dostarczył nam alarm kotwiczny, który zaczął szaleć, jak tylko postanowiłem się położyć. Nie było bata i co chwilę się włączał. Początkowo myślałem, że to kwestia tłumienia sygnału przez laminat czy maszt. Koniec końców doszedłem do wniosku, że sygnał musiał być zakłócany, gdyż po jakichś 2-3 godzinach problemy przestały istnieć. Warto wspomnieć, że część parku jest terenem wojskowym, a po (niektórych) okolicznych wodach nie można nawet pływać. A gps - cóż, ten wariował, bo pokazywał momentami, że niby jesteśmy gdześ daleko, na innym kontynencie, a jak już pokazywał tu, gdzie byliśmy, to z dokładnością kilkudziesięciu metrów.

Tak dla porządku dodam, że łódka stała niemal w miejscu, nie był to problem faktycznie zerwanej kotwicy.

0915-1810 0915-1810 0915-1810 0915-1810 0915-1810 0915-1810 0915-1810 0915-1810

 
"Prywatna plaża" w Cala Marmorata
2015-09-16 22:00
GPS: 41.251430 / 9.237450 Zdjęcia innych z tego miejsca

O 8:30 opuściliśmy Cala Portese i udaliśmy się poza granice parku. Dziś zamierzamy odwiedzić dwa miejsca - Rada di Mezzo Schifo i Cala Marmorata.

Po dwóch godzinach docieramy do pierwszej plaży - długa, piaszczysta plaża. Krystaliczna woda i szeroki pas wody wydzielony bojkami dla plażowiczów. Kotwiczymy z boczku. Tym razem postanawiam wyrzucić odbijacz jako bojrep, gdyż na dnie dają się zauważyć tu i ówdzie wodorosty i kamienie. Wprawdzie staraliśmy się rzucić kotwicę tam, gdzie była łacha piachu, ale cóż... różnie może być :) Po zakotwiczeniu biorę SUP'a i sprawdzam jak wygląda kotwica, czy jest gdzie być miała. Woda jest bardzo czysta i przejrzysta i bez problemu widzę dno. Skracam tylko nieco linkę do bojrepa i już możemy udać się na eksplorację plaży. Zwyczajowo, SUP-em :)

Piasek na plaży okazuje się zawierać drobne kamyczki, ale sama plaża jest piękna, długa, całkiem szeroka. Na pewno warta odwiedzenia. Zwiedzamy na zmianę, a ja dodatkowo udaję się jeszcze na drugi koniec, gdzie dobijam do kamienistego wybrzeża.

O 12:00 opuszczamy Rada di Mezzo Schifo i udajemy się w kierunku Cala Marmorata. Poszczęściło się nam i mieliśmy całkiem dobre warunki do żeglugi.

O 15:06 dopływamy. Decyduję się rzucić kotwicę z dala od głównej plaży. Głębokość jest satysfakcjonująca, jest tu też widoczna łacha piachu, na którą decyduję się zrobić zrzut kotwicy. Tu także postanawiam wykorzystać odbijacz w roli bojrepu. Zamierzamy zostać tu na noc, zatem wybieram się na oglądanie dna w promieniu wyznaczonym przez wydany łańcuch. Szybko okazuje się, że bliżej brzegu, pod wodą, znajdują się ogromne głazy. Żeby być pewien, że to jeszcze nie te, które mogą nam zagrażać, nurkuję i sprawdzam głębokość, na której się znajdują. Przejrzystość wody nie pozwala bowiem ocenić głębokości - równie dobrze mogłyby być na głębokości metra jak i trzech metrów... Okazuje się, jednak, że minimum 2 - 2.5m, zatem z naszym zanurzeniem jesteśmy bezpieczni i możemy tu zostać do rana.

Po zabezpieczeniu Mary mogliśmy udać się na eksplorację okolicy. W pierwszej kolejności wybraliśmy się na malutką plażę, na północ od naszej miejscówki. Jest to w istocie mały półwysep wygradzający naszą zatokę. Bierzemy SUPa i udajemy się w jej kierunku, by po chwili dotrzeć i rozkoszować się widokami oraz - jakby na to nie patrzeć - romantyczną scenerią :)

Nasza plaża jest otwarta na południe, z widokiem na naszą Mary, a od pozostałych składa się z ogromnych głazów. Mapa oraz locja informują o płyciznach w Cala Marmorata - właśnie z powodu tych głazów, co zresztą nieźle widać na jednym ze zdjęć, które zrobiłem jak wdrapałem się na skały.

Wieczór postanowiliśmy spędzić na odległej plaży, położonej na samym południu Cala Marmorata. To już taka plaża turystyczna, tyle tylko, że pod wieczór, to już tam prawie nikogo nie było. Tym razem jednak postanowiliśmy odpalić ponton. Tak też dostaliśmy się na brzeg. Z ciekawostek, to tym razem silnik odpalał bez problemu, ale był tak mocno dokręcony, że praktycznie prawie nie dawał się podnieść przy dopłynięciu do brzegu i musiałem użyć sporo siły, żeby go przekonać, żeby nie zagrzebywał się w piasku. Znowu zawiodła moja kontrola nowego silnika, który dopiero co wymienili - sprawdziłem, że mogę go odpalić, ale już nie sprawdziłem czy można go obrócić.

Wracając na łódkę spotkaliśmy jeszcze jeden jacht, który postanowił tu przenocować. Wiatru prawie nie było, natomiast fala wchodząca do zatoki postanowiła pokręcić kółka jachtem.

Noc minęła bez problemów. W każdym razie tak nam się wydawało. Wachta kotwiczna nie zauważyła niczego ciekawego...

0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506 0916-1506

 
Szczur na pokładzie!
2015-09-17 16:45

Cala Marmorata opuszczamy skoro świt. O 7:30 decydujemy się wyjść, mimo mgły, która wszystko spowiła dookoła. Postanawiam wziąć róg mgłowy, żeby mieć go pod ręką i nadawać informacje o naszej pozycji oraz zamiarach. Okazuje się jednak, że znowu czegoś nie dopatrzyłem - wprawdzie róg był, ale... nie działał. Brakowało w nim elementu robiącego "buuuu" i w rezultacie był to tylko kawałek plastiku. Sprawdziłem, sztuka jest sztuka, zgadzało się, tyle tylko, że nie działał :)

Na wyposażeniu był też róg sygnałowy na sprężone powietrze, ale był zapakowany w plastik, postanowiłem więc go nie otwierać do czasu, aż stwierdzę, że będzie to konieczne.

W rezultacie pogoda się poprawiała, mgła odpuszczała i jak dotarliśmy do przeprawy promowej, to widoczność już była zupełnie satysfakcjonująca - widać było oba brzegi pomiędzy którymi kursował prom oraz samego zainteresowanego :)

I tak sobie beztrosko płynąc, postanowiłem się posilić. Otwieram więc klapę pod jednym z siedzeń, gdzie trzymaliśmy jakieś tam zapasy i oniemiałem... zobaczyłem szczura. Wprawdzie bardzo krótko, bo uciekał, żeby się schować, ale tak, byłem pewien. Mamy szczura! Był całkiem spory, a w moich oczach urósł jeszcze pewnie dwukrotnie. Jedno było pewne - musimy coś z tym zrobić. Zaczęliśmy robić śledztwo w jaki sposób się dostał. Szybko okazało się, że dostał się po łańcuchu kotwicznym, następnie powędrował do okienka w tylnej kabinie rufowej (otwartego, a jakże), przez okienko na szafkę w kabinie. Tam wygrzebał sobie dziurę w poszyciu (podsufitce), wlazł przez nią i już był wewnątrz kadłuba, gdzie sobie buszował.

Ślady nie było trudno znaleźć, gdyż na swojej drodze pozostawiał ślady w postaci bobków - nie wiem, być może znaczył w ten sposób drogę ew. ucieczki... Cóż, wachta kotwiczna dała się podejść... nie omieszkam umieścić uwagi w opinii na koniec rejsu! ;-)

Cała sytuacja zmienia nieco nasze plany i postanawiamy podskoczyć do naszego macierzystego Portisco, żeby zameldować o znalezisku oraz znaleźć rozwiązanie. O 13:30 dobijamy do portu. Akurat jest przerwa obiadowa, zatem uzupełniam wodę, udajemy się do sklepu po świeże warzywa i owoce. Jak już obsługa się najadła, to idę zaraportować co i jak. Nie będę ukrywał, zmartwili się. Prawda jest bowiem taka, że taki osobnik jest sporym zagrożeniem. Wiadomo, musi jeść, więc kręci się po łodzi w poszukiwaniu żarcia. To, że akurat u nas takowego nie znajduje, to kwestia tego, że na dwie osoby nie pakujemy łodzi całą toną jedzenia. Raczej mało i praktycznie w skrzyniach mieliśmy tylko rzeczy typu woda czy soki.

I gdyby to jeszcze owo ubywanie jedzenia było najgorsze... ale nie - taki szczur, jak nie znajdzie niczego do jedzenia, to zacznie szukać co by dało się zjeść z tego, co tam ma po drodze. Pół biedy, jak pogryzie jakąś drewnianą przegrodę. Gorzej natomiast, jak dobierze się do kabli - czy to elektrycznych, czy przewodów gazowych, czy paliwowych. Nieszczęście gotowe i co gorsza może przyjść w najmniej oczekiwanym momencie. Od zwarcia przez zaczadzenie a na wybuchu kończąc. I to tłumaczy ich zmartwienie. Oczywiście nasze też, bo jeszcze przez dwa dni będziemy podróżować na Mary. Zresztą, nie oszukujmy się, pływanie z takim pasażerem nie należy do przyjemności. Nigdy nie wiesz, czy jak otworzysz jakąś szafkę, to nie będzie się tam czaił jakiś podstępny, wygłodniały potwór, który właśnie zaplanował, że rzuci Ci się na twarz... albo jakoś tak :)

Od Boomeranga dostajemy łapkę na szury (całkiem solidna), kawałek sera na przynętę i nie pozostaje nic innego jak wypowiedzieć wojnę. Albo my, albo on. Stawiamy łapkę w miejscu, gdzie go zobaczyłem po raz pierwszy i o 16:45 opuszczamy Portisco.

0917-1330 0917-1330 0917-1330

 
Nocujemy koło Golfo Aranci
2015-09-17 20:00
GPS: 41.000500 / 9.620130 Zdjęcia innych z tego miejsca

Portisco opuściliśmy przed 17:00 zatem nie zostało nam dużo czasu do zmroku. Rano jeszcze zamierzaliśmy dopłynąć do wyspy Tavolara, jednak ponad trzygodzinny postój w Portisco pokrzyżował nam plany. Postanowiliśmy jednak popłynąć na południe, najdalej jak się da, gdzie będzie można bezpiecznie zanocować. Wybór padł na Golfo Aranci.

O 19:45 dopłyneliśmy. Rzuciliśmy kotwicę blisko plaży i mariny, nie zważając na hałasy z pobliskiej knajpy. Jak się okazało słusznie, bo równo o 20:00 muzyka zamilkła i było cichutko oraz przyjemnie.

Na ewentualne przygody szczurowe (w sensie kolejny desant) przygotowałem przeszkodę w postaci butelki po półtoralitrowej wodzie, naciętej w szerokie pasy i założona "do góry nogami" na łańcuchu kotwicznym. Ideę miałem taką, że jak szczur będzie chciał wleźć, to będzie musiał wejść po butelce, a to mu się nie uda, bo - dzięki nacięciom - pod wpływem jego ciężaru pasek butelki się odegnie i wrzuci intruza do wody. Tyle teorii, w praktyce - nie mam pojęcia. W każdym razie tyle mogłem wykombinować.

Po dniu wrażeń zrobiliśmy sobie kolację i postanowiliśmy odpocząć. A szczur? On pewnie też odpoczywał, trzeba bowiem pamiętać, że one raczej nocą buszują... A noc jeszcze przed nami.