Najnowsze wpisy są na samym dole, zatem wygodnie jest czytać całość, od góry do dołu :)
Jeżeli chcesz, to przełącz tak, aby najnowsze wpisy były na górze, a im dalej tym starsze :)
 
 
 
Canary Sail...
2015-05-05 23:55
GPS: 28.149500 / -16.721000 Zdjęcia w Panoramio

Tym razem zawiało nas na Kanary. I tym razem nie płyniemy sami :) Znalazłem sobie szkołę Canary Sail, z którą popływamy sobie przez tydzień. A trochę tego będzie, bo jeżeli Neptun pozwoli, to w planach mamy zrobienie ponad 500 mil w ciągu 6 dni. Cruise nazywa się Salvage/Canary Islands Cruise.

Ten majowy rejs ma na celu przygotowanie do kolejnego marzenia, o którym jeszcze potem napiszę trochę. W każdym razie - to będzie pod koniec tego roku... Bo tym razem sezon zakończymy... w grudniu :)

Jak to będzie z relacją tym razem? Na pewno będzie problem z bieżącą aktualizacją, bo na oceanie nie będzie żadnej łączności, a przeloty będziemy robili spore. No, ale raz na jakiś czas pokaże się (mam nadzieję) jakaś zbiorcza paczuszka :)

 
Dzień na Teneryfie
2015-05-08 22:00
GPS: 28.149500 / -16.721000 Zdjęcia w Panoramio

Pierwszy dzień spędziliśmy na Teneryfie. Na La Gomerę przeniesiemy się następnego dnia, zatem mamy czas, że by pokręcić się po okolicy. Postanowiliśmy się dostać na wulkan (jedna z głównych atrakcji :)), ale zrezygnowaliśmy z samego wjazdu kolejką linową, gdyż za bardzo wiało, nie mieliśmy odpowiedniego okrycia, a temperatura 16 st (- współczynnik chłodzący wiatru) nie zachecały do miłego spędzenia czasu na górze, Do tego bilet, który kosztuje obecnie 27 eur oraz fakt, że nie zakręciliśmy się wcześniej za zezwoleniem na dotarcie do krateru spowodowały, że zdecydowaliśmy się tu wrócić będąc bardziej przygotowanym.

Jeżeli ktoś będzie się wybierał na wulkan, to radzę zabrać coś od zimna, coś od wiatru oraz kupić bilet przez internet. Cena ta sama, ale kolejka kilkurotnie krótsza :)

A jeżeli ktoś dodatkowo chciałby zobaczyć krater, to warto zawczasu, jakieś 2 tyg wcześniej, wejść na stronę zarządcy parku i wystąpić o zezwolenie.

Ale, nawet nie zaliczając kolejki, widoki były cudowne. Krajobrazy kosmiczne, z róźnych planet i innych ciał niebieskich. Sproszkowany pumeks, a w zasadzie pustynie nim pokryte, ostre porowate skały i inne twory, to tu chleb powszedni. Warto to zobaczyć, dotknąć, przejść się po tym...

Wracając z wulkanu zachaczyliśmy o Puerto de la Cruz (a jadąc tam zobaczyliśmy całe miasto pod kołderką z chmur), a potem wstąpiliśmy do Santa Cruz de Tenerife. To ostatnie to już duże, tętniące życiem miasto.

0805 0805 0805 0805 0805

 
Ocean, ocean i wreszcie ląd :)
2015-05-13 23:00
GPS: 30.133500 / -15.881450 Zdjęcia w Panoramio

Długo było cicho, ale właśnie wróciliśmy z trzydniowego przelotu na Salvahe Grande i z powrotem. Po drodze żadnego GSM'a nie było ;)

Ale po kolei... Pierwszego dnia (czyli piątek) spotkaliśmy się z Jimem (dyrektorem szkoły Canary Sail na La Gomerze), który opowiedział wstępnie o bezpieczeństwie, w szczególnosci w kontekście używania gazu. Na skippera mieliśmy czekać do soboty, ok 10:00.

Drugi dzień, po początkowym rozpoznaniu, zaczął się od... szkolenia, tego, co zostało wcześniej przerwane. Suma sumarum, ok 15 rozpoczeliśmy pierwszy passage do oddalonego o 17 mil Los Gighantes. Niby odległość niewielka, ale było mi dane poznać co to są te mityczne strefy przyspieszonych wiatrów. Potwierdzam, rzeczywiscie istnieją :) a to jest niesamowita sprawa, można sobie je wyobrazić jako korytarze o stałej szerokości, w które ktoś dodatkowo dmucha. Nawet jak zmienia się siła wiatru, to nie zmienia się zbytnio ich szerokość, tylko bardziej dmucha :) Osobiście podobało mi się też, że owe przyspieszenie widać już z daleka, wystarczy obserwować wodę. Różnica jest widoczna nawet bez lornetki :)

Trzeciego dnia zaczeła się największa przygoda tej wyprawy, czyli przeprawa do Salvage Grande. Wiatr mamy niezbyt sprzyjający... W zasadzie zupełnie przeciwny :) jednak podejmujemy wyzwanie i - mając zapas jednego dnia na halsowanie - postanawiamy rozpocząć wedrówkę na północny wschód. 3 wachty po 2 godziny szybko ustalają rytm snu i zmian.

Większość tej drogi udaje się nam pokonać na żaglach, idąc ostrym bajdewindem, na tyle, na ile się daje. Wiatr, który miał odkręcić na wschód następnego dnia trochę odkręcił, ale nie aż tak bardzo, a dodatkowo nieco osłabł. Nadzieje na ostatni hals baksztagiem lub półwiatrem pryskają zatem i ostatnie 30 mil pokonujemy na silniku, czasem stabilizujemy łódkę grotem.

Dzień zapasu się nam przydał, bo po wstępnie zakładanych 36 godzinach byliśmy jeszcze daleko... Ale mieliśmy jeszcze jeden dzień zapasu, więc czemu nie? W końcu wracać będziemy baksztagiem lub nawet pełnym kursem, to pójdzie szybciej.

Guy (nasz skipper) jako pierwszy wypatruje nasz cel o 07:10 na swojej wachcie.

O 11:10 docieramy. Po 47 godzinach mamy nadzieję, że zejdziemy na ląd. Nadzieję, bo pewności nie ma. Z racji, że jest to teren chroniony, to kotwiczenie jest tu mocno ograniczone. Nie dość, że trzeba mieć specjalne zezwolenie, to jeszcze dopuszczalne jest to tylko podczas spokojnej wody i wiatru 10 maks 15 węzłów. My niestety mieliśmy 20 do 25 i jednak trochę kolysało. Cóż, 2 dni w plecy. Pomachaliśmy do trójki strazników, którzy wyszli zaciekawieni naszą obecnością i... odpłyneliśmy. Co do tych strażników, to należy się słowo wyjaśnienia. Otóż to biedacy, których zadaniem jest pilnowanie dzikiego charakteru tych wysp, żeby nikt bez zezwolenia tu nie kotwiczył i nie łaził po wyspie bez nich. Są tam niczym na zesłaniu i dlatego każdego witają z otwartymi ramionami... O ile ma zezwolenie i warunki pozwolą na zejście na ląd...

Pomachaliśmy zatem i o 12:00 rozpoczeliśmy kolejny dzień na oceanie. Daleko jednak nie odjeżdżamy, bo stawiając grota i szykujac go do przelotu na południe pada nam prawa stenwanta. Po prostu się zrywa zaczep (hak) - górne mocowanie do masztu. No to zrzucamy żagle i nie zostaje nam nic innego jak rozpoczać 100 mil na silniku. Kierujemy się do Santa Cruz de Tenerife, gdzie (korzystając z telefonu satelitarnego) umawiamy się na wywmianę.

O 23:35 na naszej wachcie notuję Mayday Relay nadawane przez Tenerife Coast Guard. Okazuje się, że mniej więcej pod koniec naszej trasy (na płn wsch od wybrzeży Teneryfy) nastąpiłą aktywacja radiopławy EPIRB. Zapisuję pozycję, ale do poszukiwań przyłączyć się nie możemy, bo jesteśmy jeszcze daleko, daleko... Jak się potem okazuje, komunikat był jeszcze powtarzany przez kolejne dwa dni, co pełną godzinę, z tym, że po 24 godzinach mayday zmienił się na pan-pan.

O 06:00 lokalizuję latarnię TNF (2+4) 30 sek., a 45 minut później widzę wybrzeże.

O 08:00 wchodzimy w kojelną strefę przyspieszonych wiatrów, która ze spokojnych 13 wezłów robi 25-30.

Do Marina Santa Cruz docieramy wreszcie na 11-tą, po 71 godzinach żeglugi. Teraz, jak już jesteśmy bezpieczni i spokojni w porcie, nadal mamy maszt i paliwo, to jedyne, o czym marzymy, to porządny prysznic, posiłek, kawa i lody.

Na uwagę zasluguje jeszcze jeden fakt. Otóz przez połowę drogi towarzyszył nam malutki ptaszek, który wylądował na naszej łódce. Niestety, nie wytrzymał trudów podróży i mimo naszej opieki, umarł. Dowieżliśmy go do wybrzeży Teneryfy i Guy, jako skipper, urzadził mu morski pogrzeb.

Delfiny byly na porządku dziennym oraz nocnym. W szczególności poznałem nowy ich rodzaj - oprócz znanej mi odmiany bottlenose, częściej można tu spotkać odmianę atlantycką. Zamiast ok 4-5 metrów osiągają maksymalnie ok 2.5 meta, inaczej skaczą oraz mają inny ogon. Największe wrażenie wywarła na mnie podróż na dziób podczas nocnej wachty, gdzie odbywała się uczta. 10+ delfinów, które niemal biły się o plankton (?), który się roświetlał w trakcie jak rozbijaliśmy fale. Scenerii dodawały światła nawigacyjne jachtu, z jednej strony zielone, z drugiej czerwone...

Zdjęć za dużo nie ma, no bo wszystkie bylyby takie same. Woda, woda, wszędzie dookoła woda. Wprawdzie potem jeszcze jakieś dorzucę (są na innym aparacie), ale dużo tego nie bedzie.

HHMM HHMM HHMM HHMM

 
Ostatnie plywanie
2015-05-14 17:40
GPS: 28.020470 / -16.611670 Zdjęcia w Panoramio

Mimo, że nic nie zapowiadało naprawy masztu w środę, to zgodnie z zapowiedzią, przed północą przyjechało dwóch specjalistów i wymienili od razu obie obie stenwanty. Zajęło im to niecałą godzinkę, także przed pierwszą w nocy już było po wszystkim.

Ciekawy był rozkład pracy pomiędzy nimi. Był młodszy (tak w moim wieku) oraz starszy (powiedzmy, że mógłby być ojcem tego młodszego). No i oczywiście ten starszy został na dole, żeby wciągać tego młodszego... Jak się okazało, to dużo do roboty nie miał, bo w zasadzie wyciągał luźną linę, która asekurowała wspinacza. A ten drugi korzystał z innej liny, na której się podciągał. I w tym czasie asekuracyjna nie była napięta, zatem bez wysiłku można było ją wybierać...

Rano szybkie śniadanko, mycie, passage plan, przygotowanie łódki i w drogę. Tym razem płyniemy na południe Teneryfy, do San Miguel. Powodem jest rozsądna odległość oraz fakt, że jutro jedna osoba ma tu niedaleko samolot. A wszystko z powodu awarii masztu. To zresztą pokrzyżowało nie tylko nasze plany, ale także całej masy innych osób, wliczając załogę na kolejny rejs, zamianę łódek, instruktorów itd.

Na dziś mamy krótki odcinek, bo tylko 34 mile. Szczęśliwie, przez większość czasu pokonujemy go na genui, płynąc bardzo pełnym baksztagiem. W zaszadzie, to tak mniej więcej powinna wyglądać żegluga na Cape Verde w listopadzie... W każdym razie tak sobie ją wyobrażam :)

Dzięki pomyślnym warunkom, zaliczonym dwóm strefom przyspieszonych wiatrów i osiąganych predkości 7-8 węzłów, na miejsce docieramy przed planowanym czasem. O 17:40 kończymy naszą przygodę z żeglowaniem z Canary Sail. Pozostało tylko posprzątać łódkę.

Całość przypieczętowała kolacja.

W liczbach: przeplyneliśmy 376 mil, w czasie 82 godzin.

 
Nowe zdjęcia :)
2015-05-17 12:00
GPS: 28.020470 / -16.611670 Zdjęcia w Panoramio

No i obiecywane kilka nowych zdjęć. Od teraz już pod zdjęciami będą też podpisy :)

Jest to zbiór zdjęć, zrobionych podczas całej wyprawy, uporządkowany w miarę chronologicznie.

Najpierw wycieczka na wulkan

1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705

Potem zabieramy się szybkim promem do San Sebastian na La Gomerze (ok 1h, koszt 35 eur/osobę).

1705 1705

Los Gigantes, czyli gigantyczne, niemal pionowe, klify wchodzące prosto do oceanu...

1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705

Dosłownie kilka zdjęć z Salvage Grande (może będzie więcej potem)...

1705 1705 1705 1705

Wizyta w Santa Cruz de Tenerife z uszkodzoną stenwantą

1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705

I już ostatni dzień - pobyt w marinie San Miguel.

1705 1705 1705 1705 1705

Połączony z wycieczką do oddalonego o kilka kilometrów Los Abrigos.

1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705 1705