Najnowsze wpisy są na samym dole, zatem wygodnie jest czytać całość, od góry do dołu :)
Jeżeli chcesz, to przełącz tak, aby najnowsze wpisy były na górze, a im dalej tym starsze :)
 
 
 
Plany, plany
2013-09-25 22:04

Planowanie czas zacząć. Siedzę zatem z ołówkiem w ręku, pod ręką zaś mapy papierowe, cyfrowe na iPadzie, a do tego wszystkiego Google Earth, Wikipedia, fora dyskusyjne, gdzie inni żeglarze podpowiadają gdzie warto, a czego unikać...

Idealnie by było, gdyby udało się opłynąć Peloponez dookoła… Czyli, zapuszczając się w krainę marzeń:

Oczywście, o ile na to wszystko pogoda pozwoli… Jak nie, to przeprawiamy się przez Kanał Koryncki

 
MG YACHTS, czyli jesteśmy :)
2013-10-05 12:00
GPS: 38.831018 / 20.711112 Zdjęcia w Panoramio

Podróż z Warszawy rozpoczęliśmy o 9:30, samolot o 11:00. Potem X93 do Aten, gdzie czekała nas przesiadka w autobus do Lefkas. Problem w tym, że chcielibyśmy zdążyć na ten o 16:30, bo następny jest po 20-tej. A czekała nas potem jeszcze długa podróż.

Do Aten dotarliśmy na czas, nawet 15 minut przed odjazdem. Pozostało kupić bilety. Tu okazało sie, że wszystkie miejsca są zarezerwowane. O tym, że można rezerwować, to wiedziałem, ale można to zrobić tylko telefonicznie i trzeba odebrać na pół godziny przed odjazdem. Z tego też powodu nie robiłem rezerwacji, bo nawet nie byliśmy pewni czy zdążymy :). Nauczka z tego taka, że warto rezerwować, bo trzymają miejsca do ostatniej minuty. Nam się udało. Ktoś się nie stawił i dostaliśmy dwa z trzech ostatnich miejsc. Informacyjnie, bilet one-way kosztował 34 eur za osobę.

Do Lefkas dotarliśmy na 22:00, na szczęście hotel pod samą mariną, zatem raz dwa byliśmy w pokoju. Szybki spacer na miasto, kąpiel po podróży i spać.

Rano naładowałem kartę na internet (tu też przypał, bo najpierw kupiłem zły voucher - na telefon, a nie na internet) a potem kolejny spacer, wizyta w sklepach, żeby zobaczyć co gdzie kupić i wreszcie udajemy się do biura czarterowego.

W biurze MG Yachts byliśmy umowieni jako priorytetowa łódka, żeby w miarę możliwości jeszcze dziś wypłynąć. Trasa, którą zakładaliśmy to 400 mil, a wyjście z Lefkas problematyczne, stąd nie chcę tego robić po ciemku.

Papierów było mnóstwo, ale okazało się, że ok 14:00 będziemy mogli rozpocząć przejmowanie łódki.

Teraz krótka mrożona kawa i ostatni odpoczynek przed rejsem.

05-1200 05-1200

 
W drodze. Kurs na Kanał Koryncki!
2013-10-05 22:50
GPS: 38.521195 / 20.846800 Zdjęcia w Panoramio

Tak na szybko, w czasie gdy silnik pyrka... Odpuściliśmy Peloponez, kierujemy się na Kanał Koryncki.

Powodów było kilka, m.in.:

  • bardzo zmienna pogoda po zachodniej stronie Peloponezu.
  • zbyt kiepskie warunki jak na zwiedzanie grot oraz zatoki waków,
  • wszyscy mówią, że o żółwiach można tylko pomarzyć :(
  • brak windy kotwicznej (powaga, po prostu poprzednia ekipa zepsuła i nie powiedziała, a nowej nie udało sie ściągnąć). Mamy za to dwie kotwice: jedna standardowa zapasowa w bakiście i z przodu 20m łańcucha i 50m liny.
  • walnięte wskaźniki przy sterze. Namiar o jakieś 140 st rozmija sie z prawdą.

No, co do wskaźników to będziemy jutro dzwonić do serwisu, ale i tak juz podjęliśmy decyzje i realizujemy plan B.

Potem więcej napiszę, bo muszę uważać, gdy połowa załogi śpi :)

 
To nie tak miało być...
2013-10-06 11:50
GPS: 38.362166 / 21.425183 Zdjęcia w Panoramio

To miał być urlop wypoczynek i wygrzewanie się na słońcu... Tak mógłbym zacząć, choć przyznaję, że byłoby to oszustwo. Decydując się na Peloponez zamiast Ibizę planowaliśmy płynąć niemal non-stop, żeby i dużo zaliczyć i zdążyć na czas. Jednak wybieraliśmy Jońskie. Ok, nie jest to lato, ale nie spodziewaliśmy się powtórki z majówki na Cykladach, a w szczególności drugiej połowy... Ale zacznijmy od początku.

W marinie byliśmy rano, żeby zaznaczyć swoją obecność i przypieszyć odbiór. Łodka i tak miała priorytetowy charakter, ale nie zaszkodzi się pokazać (i tak mielismy to zrobić). Na miejscu okazało się, że musimy jeszcze poczekać. Potem jeszcze trochę. W końcu przyszła pani menadżer i ze smutkiem stwierdziła, że jest problem z windą kotwiczną. Ściślej, po prostu jej nie ma. Poprzednia załoga spaliła windę i nic nie powiedziała. Zatem za późno o tym wiedzieli, żeby skutecznie reagować. Ściągnęli nawet nocą nową, z bazy w Atenach, ale ponieważ nasza łódka jest nowa, to tamta nie pasowała rozmiarem. Koniec końców zostaliśmy bez windy, ale zamiast tego mamy kotwicę, 20m łańcucha i 50m liny. Nie dali tylko Pudziana w komplecie...

Suma sumarum, zamiast o 14:00 przejęcie zaczęliśmy o 15:30. Tu trzeba przyznać, że byliśmy pierwszymi przejmującymi i nie tak jak zwykle najpierw zostawiają Cię samego sobie, tylko od razu wszystko razem inwentaryzowaliśmy. Poszło w miarę sprawnie. Jeszcze tylko zrobiliśmy obiadokolację i podjęliśmy decyzję o wyjściu, póki jeszcze widno. Powodem jest wąski kanał, z którego nie wolno zboczyć, bo staje się na kilu.

18:40, sobota, wychodzimy. Całość poszła sprawnie, i o 19:25 byliśmy już poza mieliznami. Przy okazji mieliśmy okazję spotkać rybę, która w poprzednim wcieleniu była ptakiem, w każdym razie wyskakiwała z wody na wysokość ok pół metra. Nie ma zdjęć, bo jak wyciągneliśmy aparat, to przestała skakać. Widać się zmęczyła.

O czym, warto nadmienić, to wychodząc z Lefkas kanałem na S mija się po prawej wysypisko śmieci, które nieźle capi, w każdym razie co-skipper położył rękę na manetce, żeby szybciej wyjść ze skażonego obszaru.

Do północy idziemy na silniku, bo wiatru nie ma. W międzyczasie zorientowaliśmy się, że nie mamy wskazań wiatromierza (te udało się nam później ustawić na jednym ze wskaźników) oraz logu podróży. A bez loga to albo szacujemy ile przejechaliśmy, albo liczymy odcinki na mapie na podstawie kolejnych pozycji. Kolejną kwestią, która mnie zdziwiła, to brak replikatora pozycji z GPSa przy kole. O tym, że ploter będzie tylko w środku, to wiedziałem (nawiasem mówiąc malutki ekran i generalnie Galaxy Note ma chyba większy ekran). Nie przypuszczałem jednak, że wskaźniki będą takie ubogie. To jeszcze bardziej utrudniało nawigację w przypadku złej pogody, bo brak loga i aktualnej pozycji zmusza do zliczania i (o ile to możliwe) obserwacji terenu.

O wskaźnikach jeszcze słowo, bo z nimi generalnie coś jest nie tak, bo nawet kurs pokazują po odjęciu od prawdziwego kursu ok 140 stopni. Przejrzałem instrukcję w tę i spowrotem i na kilka bolączek znalazłem rozwiązaniem jednak nie na wszystkie. A dzisiejsze próby skontaktowania się z serwisem zakończyły się niepowodzeniem.

Po północy pojawił sie wiatr, ale ponieważ połowa załogi spała, to dałem jej odpocząć i o 1:10 postawiliśmy trochę genui. Przez dwie godziny tak sobie płyneliśmy, by w końcu zrobić zwrot i... Podjąć decyzję o jej zwinięciu. Początkowe 15-18 węzłow wiatru ciągle rosło, dodatkowo pojawiła się fala, a wyjście z kąta martwego zmuszałoby do halsówki ze znacznym nadłożeniem drogi. Jak się potem okazało, decyzja była słuszna...

O 3:40 ciągle jeszcze mieliśmy nadzieję, że będziemy przeć do przodu ile się da, by szybciutko znaleźć się po drugiej stronie Kanału Korynckiego. Jednak z każdą minutą sytuacja się pogarszała. Fale rosly, przychodzily z conajmniej dwóch stron, a do tego wiatr już teraz osiagał 22 węzły.

O 9-10 podjęliśmy decyzję o odbiciu w lewo, aby tam znaleźć schronienie. Kwestią dyskusyjną było, czy uda się nam tam podejść (znowu kanał z mielizną :)). 3 metrowe fale z E, wiatr z E 33 wezły (tyle nasze oczy zobaczyły, a nie patrzyliśmy jak najbardziej świszczało), to nie było to, co planowaliśmy na nasz "crusing"...

O 11:50 z sukcesem weszliśmy do portu Mesolóngion. Dzięki zasłonie od lądu fale stopniowo malały, wiatr odpuszczał. Widząc wychodzącą łódkę wywołałem ją na radiu z pytaniem, jak jest w porcie oraz czy podejście jest bezpieczne. Po potwierdzeniu, że warunki są obiecujace, kontynuowaliśmy już spokojniejsi. Jak się potem okazało, to byli czesi, którzy wyszli w morze, dostali pierwszego kopa od morza i szybciutko zawrócili. Zresztą, nie jedyni, którzy tego dnia tak postąpili.

Na zakończenie 17-sto godzinnej przeprawy, w trakcie której zrobilismy ponad 60 mil (z powodu fal i wiatru szliśmy czasem tylko 2 węzły...) czekała nas niespodzianka. Otóż w porcie czekał na nas żółw... Jak to mówią "żółw gwarantowany", więc, wprawdzie nie na ich plaży, ale w porcie miejskim, ścislej w części cargo i rybackiej :) Zresztą przez tego żółwia nie mogliśmy zakończyć manewru cumowania, bo był akurat tam, gdzie postanowiliśmy stanąć. Przez jakiś kwadrans, gdy podziwialiśmy gada wisieliśmy na cumach, kilka metrów od rampy.

Warto jeszcze nadmienić jedną sprawę. Otóż wchodząc do portu zauważyłem, że nie mamy kotwicy. Od razu pomyślałem, że podczas walki z falami po prostu ją zgubiliśmy. Otwieram klapę i widzę, że lina jest i to naciagnięta. No to krzyczę do co-skippera, żeby zwolnił, bo chyba wleczemy kotwicę. A nie było głęboko, bo raptem 6m. Ciągnę zatem linę, potem łańcuch i czuję, że zbyt lekko. Uważając, żeby nie walnąć kotwicą o dziób, zauważam, że ciągnę tylko łańcuch. Kotwica wisiała na awaryjnej lince, przy lewej burcie. Niby dobrze, bo nie jej nie zgubiliśmy, ale źle, bo uszkodziliśmy łódkę. Zarówno na dziobie, jak i na lewej burcie pojawiły się zadrapania i odpryśnięcia. Łapię za telefon i od razu informuję firmę czarterową o zaistniałej sytuacji oraz wysyłam zdjęcie. Tak, żeby mogli się przygotować (w miarę potrzeb) do naprawy.

A teraz... Teraz krótkie mycie, mały lunch i spanko. Wyjście na miasto potem. Pozostanie też jeszcze rozwiazać problem mokrych i słonych ubrań, w szczególności rękawiczek.

06-1150 06-1150

 
20 mil do przodu :)
2013-10-07 17:50
GPS: 38.260104 / 21.737866 Zdjęcia w Panoramio

Początkowo planowaliśmy wstać o 6:00 i wyruszyć skoro świt. Jednak, poprzednią relację skończyłem pisać ok 2:00 i o tej 6:00 jakoś nie chciało mi się wstawać. Tym bardziej, że sprawdziliśmy prognozę, z której wynikało, że wczorajsza 8-mka jeszcze nie przestała wiać. Generalnie przed 12:00 nie mieliśmy się co ruszać z miejsca. Swoją drogą, warto tu wspomnieć o świetniej ochronie samego Messalongi. W zatoce Patras wieje silny wschodni wiatr, spore fale załamywane przeciwnym frontem, a tu cisza i spokój. Nawet końcówka podejścia przebiegła w bardzo przyzwoitych warunkach. A do tego przyjaźni ludzie i spore rampy rybacko/promowe/komercyjne(?), gdzie teraz, poza sezonem stoi jeden rybak i kilka jachtów. Miejsca, w szczególności alongside (rufą niezbyt ciekawie, bo polery są rozstawione bardzo rzadko), do wyboru do koloru.

Dodatkową atrakcją miejsca są żółwie, które chyba od 300 lat przybywają tu przed południem na żer. Dziś także miałem przyjemność z nimi przybić piątkę. Tym razem nawet wypływał na powierzchnię tak, że łeb i nieco skorupy było widać. Oczywiście nie miałem aparatu i nikt mi teraz nie uwierzy, ale jak jest niedowiarek, to niech sobie sam przyjedzie. A powód jest prosty - otóż co rano przyjeżdżają tu rybacy, od których można kupić świeżą rybkę. A jak ktoś chce, to od razu ją oskrobią, wypatroszą i pokroją w jakieś kawałki :) No i oczywiście zawsze coś tam tym żółwiom skapnie. Stąd przed południem (od ok 9-10 do 11-12) można przyjść na podziwianie tych gadów.

Wracając do poranka, to widząc prognozę pogody, po prostu poszliśmy dalej spać :) Gdy w końcu wstaliśmy to na spokojnie zjedliśmy śniadanko, sprawdziliśmy raz jeszcze pogodę a dodatkowo poszedłem pogadać z okolicznymi skipperami.

W/g prognoz o 15:00 miało nastąpić przełamanie i wiatry miały spaść do zwykłej czwóreczki. Trochę to dziwne było, bo po 3 godzinach znowu się z tego robiła 6/7-mka, ale znaczyło, że coś się może zmieniać. Obserwowaliśmy też niebo oraz okoliczne drzewa. Pojęliśmy decyzję, że wychodzimy i kierujemy się w stronę Patras. Nie czekaliśmy jednak do 15:00, bo raz, że to orientacyjna godzina, dwa, że wyjście chwilę trwa, a trzy, to że na czas mniejszych wichrów chcielibyśmy przejść z N na S zatoki. Jak się zaczęliśmy zbierać, to okazało się, że dwa inne jachty (Czesi na Eva Maria, których spotkaliśmy dzień wcześniej oraz Niemcy na łódce Felicita) też wyjdą z nami. Ściślej mówiąc, to Felicita postanowiła wyjść niezależnie, a Czechów zainspirowaliśmy, zresztą umówiliśmy się, że przekażemy im na radiu jakie warunki panują poza bezpiecznym schronieniem, w którym się schowali.

Jak się też okazało cała nasza trójka planowała przeskok na SE zatoki, do Patras. No, ewentualnie, jak będzie piknie, to dalej, przez most do Zatoki Korynckiej.

Nasze bezpieczne schronienie opuściliśmy o 13:25, gdy uznaliśmy, że najwyższa pora. Nawet korony drzew przestały się poruszać, a woda się uspokoiła i nie było falek.

O 14:00 opuszczamy kanał podejściowy. Nadal spokojne warunki, choć już widać, że nieco dalej w morze fale się załamują i powstają białe grzywacze. Skręcamy w lewo, chcąc możliwie długo chować się za wystającym półwyspem, dającym ochronę Messalongi (to właśnie dzięki niemu podejście nawet w tak niesprzyjających warunkach było kompletnie bezproblemowe i bezpieczne). Jednak wraz z każdą milą przybywało węzełków na wiatromierzu. Gdy po 6 milach dotarliśmy do kardynałki S wiatr E miał już siłę 28 węzłów przy stanie morza 3.

Przejście do Patras wymaga przecięcia zatoki z NW na SE. Możliwości było kilka:

  • przecięcie od razu w dół i potem wzdłuż południowego brzegu zatoki. Minusem takiego rozwiązania była znacznie dłuższa droga (południowy brzeg jest w kształcie łuku). Plusem - prawdopodobnie mniejszy wiatr. Co do fali, to mogło być różnie, bo niby mogła być już wybudowana (schodziła w kierunku SW przez zatokę), z drugiej brak było prądu, który by się jej przeciwstawiał.
  • zupełnym przeciwieństwem była próba trzymania się północnego brzegu. Plusem była możliwość mniejszych fal (jeszcze nie rozbudowanych) oraz możliwość dowolnego wyboru miejsca, w którym się przetnie zatokę. Minusem - im dalej na wschód, tym bliżej mostu, który stanowi spore przewężenie i miejscowi mówią o efekcie dyszy - spotęgowany wiatr, a co za tym idzie i fale.
  • wariant pośredni, czyli trochę wzdłuż północnego brzegu, potem skok w dół i dalej wzdłuż wybrzeża. Skoro wariant pośredni, to czerpie trochę plusów i trochę minusów z każdego z powyższych :)

Wybraliśmy wariant pośredni z drobną modyfikacją. Poszliśmy bowiem do kardynałki południowej wzdłuż północnego wybrzeża. Jednak nie dawał on żadnej sensownej ochrony. Dodatkowo, fale, które szły z ENE zachęciły nas do przecięcia kanału, kierując się pod kątem ok 45 stopni do nich. Nasza bawarka chętnie je wtedy pokonywała, nie waląc dziobem co chwila, powodując rozbryzgi, hałas i nieprzyjemne doznania. Dla porównania, załoga Felicita, która początkowo szybko nas zostawiła w tyle, postanowiła wypróbować wariant pierwszy i szła północą. Eva Maria wybrała wariant pośredni, początkowo idąc ścieżką północną, potem jednak odbiła nieco na południe, kierując się wprost do Patras. W Patras Eva Maria przybyła pierwsza, tuż przed nami Felicita, a my wchodziliśmy jak jeszcze parkowali. W Patras wszyscy spotkaliśmy się przed budynkiem policji portowej, do której zostaliśmy zaproszeni przez urzędnika. To potwierdziło obawy, że wzdłuż północnego brzegu wiatr był, ale to nie on był najgorszy - to fale, które załamywały się wskutek przeciwnego prądu i co chwilę chciały schrupać łódkę.

Nasz wybór, przecinania zatoki pod kątem ok. 45 stopni do fal, miło nas zaskoczył, bo na cięciwie południowego brzegu zatoki fale zmieniły kierunek, dzięki czemu mogliśmy (a nawet musieliśmy jeżeli nie chcieliśmy, aby fale rzucały nami na prawą burtę) nieco odbić, kierując się bardziej w stronę Patras. W rezultacie, na sam koniec kierowaliśmy się już prościutko do portu :) Tym sposobem nie nadkładaliśmy mil, które musielibyśmy nadłożyć idąc wzdłuż brzegu.

Z ważnych i wartych wspomnienia rzeczy jest podejście do Patras Yacht Harbor. Ponieważ leży tuż za długim portem komercyjnym, w którym operuje mnóstwo promów uznałem za słuszne zameldować się na ichniejszym VTSie (Patras Traffic). Po zgłoszeniu i podaniu namiarów na siebie oraz jednostkę dostałem zezwolenie na przecięcie torów promowych. Mieliśmy dotrzeć za ok. 30-40 minut. Po mnie zgłosił się prom… że będzie gotowy do odejścia za godzinę. Dla pewności pozostawiłem jedno radio na nasłuchu na kanale 13, żeby wiedzieć, że jednak jakiś prom będzie chciał wyjść :)

(tak przy okazji, to mieliśmy dwie ukf'ki, bo jedna była zamiast EPIRB'a. Jak wytłumaczył mi pracownik czarterowni, to zgodnie z przepisami, łódka, która nie ma EPIRB'a, musi mieć dwie UKF'ki)

Tym razem jest jest kilka zdjęć. Początkowe są z samego Messalongi, następne z wyjścia (kanał jest bardzo malowniczy, zresztą w miasteczku natknęliśmy się na sklep sprzedający malowidła tego podejścia w różnych odsłonach). Na koniec zdjęcia z Patras.

A informacyjnie, to w marinie Patras można spokojnie zacumować, zresztą przyjeżdżając w ciągu dnia można liczyć na pomoc obsługi mariny. Ciekawostką jest opłata - otóż zamiast płacić np. 18 za dzień, wymyślili, że będą zbierać opłatę za dwa dni z góry. Przy czym, nazywają to "drugi dzień gratis" :) Jak zwał, tak zwał, faktem jest, że zamiast 18 eur trzeba zapłacić 36...

07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750 07-1750

 
Most, most i po(d) mostem
2013-10-08 11:35
GPS: 38.337300 / 21.912350 Zdjęcia w Panoramio

Po nocy spędzonej w Patras i ciepłym prysznicu spojrzałem na świat z nowym zapałem. Prognozy były całkiem przyzwoite, jedynie kierunek wiatru mi nie pasował. Prognozy prognozami, zobaczymy jak będzie.

O 8:10 rozpoczynamy odejście i 20 minut później byliśmy już poza granicami mariny. Dziś na pierwszy ogień idzie most Rio-Antirio Za racji potrzeby zgłoszenia się do Rion Traffic na 5 mil wcześniej przed mostem oraz faktu, że to najwyższa pora (Patras jest bliżej), zgłaszam chęć przepłynięcia pod nim. Most posiada cztery główne pylony, wyznaczające 3 trasy: północną, centralną i południową. W zależności od jednostki (w szczególności od wysokości masztu) należy przechodzić odpowiednim kanałem. M.in. Do tego służy kontakt z Rion Traffic. Na podstawie przekazanych danych udzielą instrukcji co i jak zrobić. Zresztą, to nie jedyny powód. Z jednego na drugi brzeg podążają promy, a dzięki zgłoszeniu mogą zaplanować kiedy przechodzić. Zabserwowaliśmy, że zawsze jak płynie jacht, to nagle z obu stron wypywają promy. Wygląda to śmiesznie, tak jakby chciały nam zablokować drogę :)

W zgłoszeniu podaję wymiary naszej łajby i otrzymuję polecenie ponownego zgłoszenia się na milę przed mostem. Tak też czynię i otrzymujemy polecenie, aby kontynuować przechodzenie południowym kanałem. Tu dygresja - szukając wysokości naszego masztu natrafiłem w papierach na wartość 17 "z haczykiem". Na wszelki wypadek (biorąc pod uwagę rozkołys na falach) podałem wartość 19. Wysokość mostu pod poszczególnymi filarami jest podawana różnie - zależnie gdzie się spojrzy. Kanał centralny ma 25 lub 45 metrów, a północny i południowy - 15 lub 25. Dostaliśmy polecenie kierowania się kanałem południowym, więc chyba jednak 25… Ale jak to z mostami. Z poziomu kokpitu kompletnie nie można się zorientować, czy wystarczy miejsca, czy też nie. Podchodziliśmy zatem nieco z duszą na ramieniu. Oczywiście miejsca starczyło i nerwy były niepotrzebne, ale to już chyba jest wliczone w przepływaniu pod mostem.

Na drugą stronę mostu przeprawiliśmy się o 10:00, z wiatrem E wiejącego z prędkością oscylującą w granicach 20 węzłów. Gdy minęliśmy przesmyk postanowiliśmy odpaść nieco od wiatru i postawić żagle. Tak, żeby mieć coś z tej żeglugi w tym rejsie :) Prędkość na nieco zredukowanych żaglach była przyzwoita, bo w okolicach 5.5 węzła. Zresztą, tak na marginesie, to Silver Arrow świetnie radził sobie żeglując ostro, ostatecznie w półwietrze. Przy kursach pełniejszych jego ograniczona genua dawała słaby napęd. Genaker by się przydał…

Po zrobieniu dwóch zwrotów doszliśmy do wniosku, że wskutek zmian wiatru, fali oraz własności łódki zakres kąta martwego jest tak duży, że możemy sobie halsować do upadłego, niewiele się posuwając naprzód. Dla porównania - idąc pod wiatr na silniku możemy robić jakieś 5 węzłów. Żeby utrzymać podobną prędność wypadkową halsując, musielibyśmy robić jakieś 8 węzłów (lub więcej) … nierealne. A w sumie zależy nam, żeby wreszcie dotrzeć na Zatokę Sarońską i tam spędzić pozostałe dni.

Decydujemy zatem o podejściu do lądu oraz zrzuceniu żagli. Spróbujemy pójść wzdłuż brzegu, może dostaniemy nieco innego wiatru od lądu.

08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135 08-1135

 
W drodze do Kanału Korynckiego
2013-10-08 19:40
GPS: 38.048091 / 22.752686 Zdjęcia w Panoramio

Próbując zrealizować mój pomysł płynięcia bliżej brzegu okazuje się, że wiatr wcale nie zamierza odpuścić i co my odpadamy lub ostrzymy to on podąża za nami :) Taki złośliwiec jeden. Zatem płynąc na silniku postanawiamy, że pora coś zjeść, stąd pojawiła się sałatka grecka (która zresztą kilka razy zagościła u nas na stole).

Przed 19:00 skontaktowałem się z Control Tower Kanału Korynckiego, żeby upewnić się, że są, działają i można go przepłynąć… nocą. Mieliśmy dwie opcje - albo zatrzymać się w Koryncie i następnego dnia zrobić kolejny przeskok, albo iść do przodu. Ponieważ z Koryntu i tak wychodzilibyśmy rano, to i tak nic byśmy nie zobaczyli. Postanawiamy zatem iść nocą. Natchnął mnie do tego pracownik MG Yachts, który, przekazując nam łódkę, wspomniał, że kiedyś płynął nocą i było fajnie.

Upewniwszy się, że możemy płynąć nocą, pomijamy Korynt. Mając też na uwadze wspominki na forach żeglarskich, że niekiedy cała operacja przejścia kanału może zająć nawet 5 godzin, postanawiamy rozpocząć odliczanie jak najwcześniej. Po cichu mamy też nadzieję, że w nocy ruch będzie mniejszy (bo wszyscy chcą go zobaczyć :)).

W międzyczasie wiatr zaczyna nieco odpuszczać i zchodzić nam z drogi. Próbujemy pożeglować…

08-1940 08-1940 08-1940 08-1940

 
Kanał Koryncki zdobyty!
2013-10-09 01:50
GPS: 37.921696 / 23.013982 Zdjęcia w Panoramio

Wiatr był niezbyt mocny, dochodził do 15 (maksymalny szkwał to chyba 20) węzłów, ale tak, że dało się płynąć na wiatr. Przyjemna żegluga, która nas uradowała, nie trwała zbyt długo. Po 40 minutach wiatr przysiadł niemal zupełnie i dodatkowo skręcił w niepasującym nam kierunku. Dalszą drogę do Kanału Korynckiego pokonujemy na silniku.

Pokonując kanał drogą z zachodu na wschód trzeba uzyskać zgodę drogą radiową, a po pomyślnym jego przepłynięciu - zatrzymać się na drugim końcu i zapłacić. Zgłosiłem się na radiu najpierw godzinę przed planowanym dotarciem. Dostałem polecenie, aby zgłosić się najpierw milę, potem pół mili przed. Tak też zrobiłem i koniec końców do kanału weszliśmy nie wykonując ani jednego kółka czy postoju - po prostu mieliśmy szczęście, że nikt nie płynął z drugiej strony i mogliśmy od razu wejść do niego.

We wszystkich relacjach powtarzało się, że - mimo ograniczenia 5 węzłów - obsługa kanału pośpiesza przepływające jednostki. Podobnie było w naszym przypadku. Gdy ustawiłem silnik na ok 5 węzłów zaraz na radiu usłyszałem "Silver Arrow, faster, faster". Przyspieszyłem o pół węzła, ale nie chciałem przekraczać 2200 obrotów/min, więc przy kolejnej próbie pośpieszenia odpowiedziałem tylko, że jesteśmy małą łódką i to nasza maksymalna prędkość. Usłyszałem "OK" i na tym ponaglanie się skończyło. Będąc już w kanale zmniejszyłem prędkość do 5 węzłów, żeby móc też coś obejrzeć. Droga ta impreza i jak mam jeszcze nic z niej nie pamiętać… a niech mnie poganiają, przecież mnie nie rozstrzelają.

W tym momencie warto wspomnieć, że oba końce kanału "strzegą" mosty, które są opuszczane do wody, umożliwiając w ten sposób przepłynięcie ponad nim. Jednocześnie, stanowią przeprawę dla ruchu pieszego i kołowego. O tym, czy most jest opuszczony i można przepływać sygnalizują światła (czerwone i zielone). Gdy dopływaliśmy do końca kanału widzę most, który wygląda na opuszczony, ale światła czerwone. Wołam zatem Isthmia Pilot na radiu i mówię, że zbliżamy się do mostu, ale mamy czerwone światła. W tym samym momencie, jak to powiedziałem światła zmieniły się na zielone. Podziękowałem i płynęliśmy dalej. Widać, operator zapomniał przestawić światła, a nie dzieje się to automatyczne. To może być cenna wskazówka, że nie należy ślepo ufać światłom (zresztą, na forach można poczytać o tym, że np. jest zielone światło, a statki płyną z przeciwka).

Inną sprawą jest, że nabawiliśmy się strachu, jak przepływając nad pierwszym mostem (przy wejściu) usłyszeliśmy straszliwy, metaliczny, zgrzyt. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, że coś poszło nie tak i zahaczyliśmy kilem o most. Jednak nie było żadnego szarpnięcia. Okazało się, że to obsługa uruchomiła mechanizm jego podnoszenia.

Po przepłynięciu drugiego mostu zatrzymaliśmy się alongside przy nabrzeżu, aby udać się do Control Tower w celu uregulowania należności. Przepłynięcie niecałych 4 Mm (6.3 km) kosztowało nas 133 €. A to i tak niewiele, bo byliśmy małą jednostką, a dodatkowo zdaje się dostaliśmy jakiś rabat (bo jak liczyłem w/g cennika, to powinniśmy zapłacić ok 170 €). Samo nabrzeże jest ogumowane, ale warto wyrzucić swoje odbijacze (brudna guma).

Tego dnia zrobiliśmy już 73 Mm w czasie 18 godzin i byliśmy po prostu zmęczeni. Ponieważ mieliśmy nadzieję na żeglugę po Zatoce Sarońskiej to warto, by żywe były dwie osoby. A my potrzebowaliśmy nieco snu. Zapytałem o poradę pracownika Control Tower odnośnie miejsca na sen, ale powiedział, że albo kotwicowisko tuż za główkami podejścia, albo gdzieś dalej - w porcie kilka mil na S. Z tym, że musielibyśmy tam cumować w nocy. A w zasadzie, to rzucać kotwicę i stawać na cumach z rufy. To się nam nie podobało. Mieliśmy też alternatywę - iść ile się da na południe (docelowo: Methana lub Poros). Postanowiliśmy jednak dać szansę zatoczce. A w każdym razie zobaczyć jak tam jest, czy będzie miejsce oraz jakie wrażenie na nas sprawi. Zapytałem też, czy w związku z nikłym ruchem (mieliśmy ten luksus i byliśmy w kanale sami!) możemy sobie przekimać do np. 6:00 przy ich nabrzeżu. Dostałem odpowiedź, że pół godziny tak, więcej nie. Trudno, trzeba było płynąć.

Zajrzeliśmy do zatoczki. Zatoczka miło mnie zaskoczyła. Jakieś domki dookoła, jakaś droga, nieco dalej - autostrada. Ale najważniejsze - dookoła brzegu były rozstawione latarnie, które - delikatnie bo delikatnie, ale jednak - oświetlały zatoczkę i okolicę.

Trzeba pamiętać, że nasza kotwica była pozbawiona i windy i Pudziana do jej obsługi. Jednak zmęczenie oraz możliwość sensownej kontroli wizualnej wygrały. Popływaliśmy w tę i z powrotem sondując głębokość. Wszystko zgadzało się z naszą mapą, zatem, postanowione, rzucamy kotwicę. Rzucenie poszło gładko i po chwili już myszkowaliśmy. Nie mając zaufania ani do kotwicy ani do zatoki postanawiam trzymać dobrowolną wachtę kotwiczną. Wyjąłem sobie poduszeczkę na zewnątrz i rozglądałem się po okolicy biorąc namiary, uważając na zmiany głębokości oraz ogólny wygląd okolicy.

Uwaga: zdjęcia z Kanału Korynckiego są ciemne i może czasem rozmazane, bo jakkolwiek jest on nocą piękny, to także i ciemny. Rozświetlają go tylko lampy rozwieszone co jakiś czas. Wystarczająco, żeby prowadzić bezpieczną nawigację, ale ciut mało na potrzeby zdjęć na kołyszącej się łódce.

09-0150 09-0150 09-0150 09-0150 09-0150 09-0150 09-0150 09-0150 09-0150 09-0150

 
Aegina
2013-10-09 14:25
GPS: 37.744897 / 23.427266 Zdjęcia w Panoramio

Myśleliśmy, coby ruszuć skoro świt, ale tak było przyjemnie, że siedziałem na wachcie kotwicznej aż do świtu. A potem zachciało mi się spać :) W rzeczy samej już się zmęczyłem tą radością z postoju. Z tego, że jest już inna pogoda, że jest pięknie, że stoimy sobie na kotwicy itp itd. Poszedłem zatem spać na godzinkę, a druga połowa załogi, która do tej pory odpoczywała, zabrała się za śniadanko.

Wstałem godzinkę później, zjadłem śniadanie (czego później nie pamiętałem i proponowałem zjedzenie kolejnego, marudząc, żem głodny ;-)) i o 8:10 ruszyliśmy w drogę na SE. Morze niemal płaskie, ale cały czas wypatrywaliśmy zapowiadanego wiatru o sile 3-4 stopni w/g Bouforta.

Najpierw czekaliśmy aż opuścimy zatokę, może to ona blokowała wiatr. Potem nadzieje cichły wraz z wiatrem, który początkowo osiągał "nawet" 7 węzłów. W rezultacie cały czas szliśmy na katarynie, bo inaczej byśmy stali w miejscu. Później zresztą doszliśmy do wniosku, że o ile w przypadku Zatoki Patras prognozowane "6" węzłów oznacza "36", to w przypadku Zatoki Sarońskiej prognozowane "6" oznacza "0.6"…

W ten oto sposób nieśpiesznie dotarliśmy do Aeginy, gdzie postanowliśmy się zatrzymać. Zaintrygowało nas miasteczko, które chcieliśmy zobaczyć oraz fakt, że już mieliśmy dość tej kataryny. Skoro wiatru nie ma, to może warto coś zobaczyć. W planach mieliśmy także uderzenie wpierw do zatoczki Moni, znajdującej się przy wysepce na S od Aeginy, ale z racji chęci zrobienia zakupów i zatankowania paliwa postanowiłem zajrzeć najpierw do miasta. A potem się zobaczy. W przypływie dobrego humoru nastawiałem się nawet na wyjście do zatoczki na noc, tam przenocowanie i pluskanie od rana.

Aegina okazała się być bardzo przyjemnym miasteczkiem. Wprawdzie w środy po południu supermarket okazał się być zamknięty, ale przy nabrzeżu było wszystko, czego nam było trzeba. Najbardziej podobały mi się stragany tuż przy nabrzeżu, gdzie można było kupić świetne warzywa i owoce. Po wybraniu były ważone na łodzi stojącej w porcie, tuż za stoiskiem. I do tego tanie. Jak dla mnie bajka :)

Urzekły mnie też orzechy. Szczególnie dobre okazały się pistacje, których "trochę" kupiliśmy. Jak się potem doczytaliśmy, to Aegina właśnie m.in. z pistacji słynie. Jestem w stanie to zrozumieć :)

Zatrzymaliśmy się przy NOA czyli Nautical Club (zobacz pozycję w/g GPS), rufą do pirsu z kotwicą z dziobu. Stawaliśmy dwa razy, bo za pierwszym razem zabrakło mi ze dwa-trzy metry liny, żeby porządnie ją zaknagować (mieliśmy jakieś 20m łańcucha + 50 metrów liny). Wyrwałem kotwicę i rzuciliśmy ją jeszcze raz, tym razem bliżej. Tym razem poszło gładko. Gdy podeszliśmy do brzegu i praktycznie zacumowaliśmy, pomagający nam ludzie ostrzegli nas przed nierównym dnem przy samym pirsie. Generalnie 1.7m głębokości, z racji skałek, kamieni i takich tam. My mieliśmy zanurzenie ok 1.65m, zatem niedaleko nam było do tego limitu. Próbowałem zobaczyć jak wygląda sprawa, ale nie miałem ochoty wskakiwać do wody. Obok nas stały nawet większe łodzie, ale niestety, tym nie zawsze można się kierować. Różne łodzie mają różne płetwy sterowe, a te większe jednostki mają czasem dwie, krótsze. Czyli, akurat w miejscu, które nas najbardziej interesuje może się zdarzyć, że większa łódź ma mniejsze zanurzenie :)

Ponieważ nie mogłem oszacować zapasu głębokości (nawet próbowałem zrobić zdjęcie, ale perspektywa była niejasna), to na wszelki wypadek odsunęliśmy się na jakieś 2-3m od brzegu i wystawiliśmy ponton jako pomost na brzeg. Było trochę zachodu z wychodzeniem, ale dało radę. Wprawdzie zahaczyć o dno nie zahaczyliśmy, ale Aegina okazała się być portem, gdzie co chwilę wpływał i zaraz wypływał prom z gatunku tych szybkich. Czasem też większe łódki wchodziły nadmiernie szybko. A to powodowało fale, niekiedy całkiem wyraźne. I nie chciałem, żeby ten zapas 5-10 cm nagle okazał się niewystarczający. Zastanawiałem się też, czy nie stanąć z drugiej strony, ale w sumie to nie wiedzieliśmy, czy czasem nie będzie tego samego problemu z głębokością. Jak się miało potem okazać, problemu by nie było. W każdym razie te miejsca, które były wolne i sprawdziliśmy (nie zerkałem ludziom między łódkę a pirs), to nie zauważyłem żadnych skałek czy kamieni. Te miejsca miały jednak jedną, podstawową wadę. Były tuż przy ulicy, co równało się hałasowi oraz podglądaniu przez tłumy przechodniów.

W Aeginie zatankowaliśmy paliwo i zostaliśmy na noc urzeczeni jego urokiem. Pospacerowaliśmy tu i tam, chłonąc jego klimat. Zatoczkę i pluskanie zostawiliśmy na następny dzień.

09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425 09-1425

 
Pluskanko
2013-10-10 09:00
GPS: 37.696135 / 23.434911 Zdjęcia w Panoramio

Rankiem, o 8:00 opuściliśmy Aeginę, coby pójść nieco na S, do upatrzonej dzień wcześniej zatoczki (zaznaczonej przez pozycję GPS do tego wpisu). Wyjście, rwanie kotwicy i wyciągnięcie jej na pokład przebiegło bez problemu i po godzince byliśmy już na miejscu. Tu spotkaliśmy już inną łódkę. Próbowaliśmy zatem pójść do zatoczki obok, ale jedna z map pokazywała tam zakopany kabel, zatem daliśmy spokój i postanowiłem im trochę poprzeszkadzać. Poszukaliśmy miejsca tak, by stanąć możliwie daleko, a jednocześnie bezpiecznie. Dno okazało się być piaszczyste z kępami trawy morskiej, a głębokość ok 5m, zatem całkiem niezłe miejsce na krótki postój. Tym bardziej, że tylko połowa załogi zamierzała się pluskać, a druga miała czuwać.

O ile woda była zachęcająca (zarówno temperatura - ok 27 stopni mimo tak wczesnej godziny, jak i jej przejrzystość oraz turkusowy kolor), to pogoda już nie była taka łaskawa jak poprzedniego dnia. Zamiast słoneczka były chmury. Co gorsza, sat24 pokazywał rozbudowaną chmurę burzowo deszczową, z wyładowaniami i deszczem… która szła na nas. W zasadzie, to można powiedzieć, że ją widzieliśmy. Czas pluskanka skróciłem zatem do minimum, ot tak, aby je zaliczyć, obejrzeć naszą łódkę od spodu, zobaczyć jaki mamy kil, gdzie śrubę, jaką płetwę oraz sprawdzić, czy od spodu wszystko jest w porządku.

W momencie, w którym fale wchodzące do zatoczki zaczęły mi przeszkadzać postanowiłem się wgramolić na pokład. Szybki prysznic (ta platforma z tyłu to mega fajna sprawa!), przepłukanie sprzętu i zmykamy.

10-0900 10-0900 10-0900 10-0900 10-0900 10-0900 10-0900 10-0900 10-0900

 
Postój poszukiwany
2013-10-10 10:30
GPS: 37.690638 / 23.451787 Zdjęcia w Panoramio

Chwilę po tym, jak się zebraliśmy zaczęliśmy rozważać możliwość postoju w pobliskim porcie Perdika. Dopiero kropiło, ale wiatr systematycznie wzrastał. Zresztą, był to jeden z powódów, dla którego uciekliśmy z zatoczki, gdyż nie tylko nie dawała żadnego schronienia, ale dodatkowo fale oraz wiatr spychały nas na brzeg.

Najbliżej nas była Perdika. Skierowaliśmy się w tamtą stronę, mijając kolejne łódki, które stamtąd wychodziły. Możliwości były dwie - albo jest tam nieciekawie, albo mamy szczęście i zwolniło się sporo miejsca…

Wiatr się rozbujał. Tak jak wcześniej wcale nie wiało, tak teraz już wiało z prędkością 20 węzłów.

Gdy znaleźliśmy się wreszcie w porcie szybko podjęliśmy decyzję o ucieczce. Nie to, żeby port się nam nie podobał. Problem w tym, że wcale nie chronił przed wiatrem, miejsca pomiędzy łódkami nie było za dużo, a ręczne wyrzucanie kotwicy w tych warunkach przy ograniczonej załodze nie wróżyło sukcesów. Uznałem, że będzie bezpieczniej, jak sobie stąd pójdziemy. Tak też zrobiliśmy. Gdy opuściliśmy port i oddaliliśmy się nieco od wyspy wiatr przycichł. I już tak nie wiał. Okazuje się, że akurat tam znalazł ujście swojej furii. Zatem decyzja, żeby nawet nie próbować tam stawać była słuszna. Nie dość, że trudno zaparkować, to jeszcze pewnie byśmy czekali aż przestanie wiać. Tylko po co czekać, skoro milę dalej już nie wieje?

 
Poros
2013-10-10 14:20
GPS: 37.501920 / 23.453500 Zdjęcia w Panoramio

Decyzja o porzuceniu Perdiki okazała się być słuszna. Potem już tylko od czasu do czasu pokropiło, ale ani nie padało na poważnie ani nie wiało. Czasem złapaliśmy jakiś wiaterek, wtedy stawiałem żagle, by po chwili je zrzucić. Szukaliśmy wiatru pomiędzy wyspami, szukaliśmy przy lądzie. Czasem coś znaleźliśmy. I wtedy znowu stawiałem żagle. A potem zrzucałem. To był mój plan treningowy. A trening polegał na sprawnej obsłudze wszystkich linek. Tak, by możliwie sprawnie postawić i zrzucić żagle ;-)

Jako, że jest już czwartek, to nie wybieramy się zbyt daleko. Ot, tak kontrolne 30-35 Mm od Aten, gdzie jutro musimy zdać łódkę. A, że na jutro zapowiada się taka sama pogoda jak dziś (10-16 węzłów, co stosując nasz przelicznik daje 1.0 - 1.6 węzła), to 35 Mm nie robi na nas żadnego wrażenia. Płyniemy zatem na południe, mijamy Methanę i kierujemy się na Poros.

Podejście zakłada przejście przez przesmyk, oznaczony z obu stron przez latarnie. Tu uwaga, aby nie próbować ścinać zakrętów, gdyż może się okazać, że będziemy mieli spotkanie z jakimś promem sunącym w przeciwnym kierunku. Zresztą, nawet gdyby to miał być jacht, to lepiej uniknąć późniejszego zamieszania.

Na wyspę docieramy o 14:20. Założyliśmy, że powinno udać się znaleźć jakieś miejsce postojowe. Raz, że jest to chyba najdłuższy port (biegnie cały czas wzdłuż brzegu). Dwa, że widzieliśmy jak cała flota łódek szła na N. Trzy, że oprócz miejsc postojowych są tu jeszcze kotwicowiska.

Suniemy wolno i całkiem szybko znajdujemy wolne miejsce. Tylko po to, by po chwili znaleźć jeszcze lepsze. A w szczególności wygodniejsze dla nas, bo umożliwiające postój wzdłuż kei. Tu spotykamy Czechów, którzy akurat przyjechali sobie potrenować stawanie alongside. Akurat tu, gdzie upatrzyliśmy miejscówkę. Szybko jednak się dogadujemy, że staniemy sobie na końcu, a im jeszcze sporo miejsca zostanie. Tak też zrobiliśmy. Jak już zacumowaliśmy, to zwróciłem uwagę na znak, który stał tuż obok (choć trzeba przyznać, że był wcześniej zasłonięty przez inną łódkę), że łódki o długości poniżej 30 metrów powinny stawać tyłem z kotwicą z przodu. Trochę się to nie zgadzało ze stanem tego, co tu było, bo wszyscy stali alongside, a żaden 30 metrów nie przekraczał… Uznałem, że to wynik niskiego sezonu i w razie, gdyby ktoś do nas przyszedł, to będę się tłumaczyć i ew. przestawiać (lub po prostu sobie pójdziemy). Zresztą, nie tylko my byśmy musieli się przestawiać. W sezonie, to faktycznie może być problem i każde miejsce jest na wagę złota, ale teraz… trzeba się wyluzować :)

Poros okazał się być bardzo malowniczym miasteczkiem, czego dowiódł spacerek. W jedną stronę poszliśmy sobie dołem, wzdłuż nabrzeża (straszzzznie długie), a potem wdrapaliśmy się na górę i tak wędrując pomiędzy domkami wróciliśmy górą. Na dół zeszliśmy dokładnie w miejscu, w którym zacumowaliśmy. Podczas włóczęgi, na jednym z balkonów, spotykamy papugę. Taką normalną, bez żadnej klatki. Gdy robiliśmy jej foty ta zaczęła do nas gadać. Nie zrozumieliśmy co, ale pewnie nas przeganiała :)

W czasie postoju na Poros cały czas towarzyszy nam zachmurzenie, czasem popaduje. Ale widać coraz więcej prześwitów, a gdzieniegdzie czyste niebo. Być może chmura, którą co-skipper wypatrzył na sat24.com już powoli przechodzi…

Wyjście do bazy w Atenach zaplanowaliśmy na wczesne godziny poranne (w zasadzie nocne), tak, żeby mieć zapas, a może nawet trochę pożeglować, jeżeli przyjdzie jakiś wiaterek. I żeby móc sobie pozwolić na prędkość przelotową 3 węzły a nie koniecznie żyłować się na min. 5…

Prognozy zapowiadają bezchmurną i gwiaździstą noc.

10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420 10-1420

 
"Bo nowy dzień wstaje, bo nowy dzień wstaje, …"
2013-10-11 06:34
GPS: 37.809784 / 23.591080 Zdjęcia w Panoramio

Poros opuściliśmy zgodnie z planem. Choć nie, przepraszam. Opuściliśmy wcześniej niż zamierzaliśmy :)

Pobudkę zaplanowałem na 3:30 (w końcu urlop, nie?) a start na 4:00. Poszło nam jednak tak sprawnie, że o 3:50 oddaliśmy cumy. Cichutkie odejście, bo tak na prawdę wystarczyło odepchnąć się od kei.

Do przejścia mamy raptem 35 Mm, czyli całkiem niewiele. A czasu od groma, bo do Aten musimy dotrzeć przed 18-tą. W tym zapasie jest jednak pewien cel. Otóż mamy nadzieję, że może jednak uda się troszkę pójść na żaglu. I nie chcę się stresować, gdy będziemy osiągać mniej niż 3 węzły. Jak tylko będziemy iść do przodu, to czemu nie? Luz musi być, nie?

Po opuszczeniu Poros łapiemy nieco wiatru w żagle. Stawiamy oba i udaje się osiągnąć zawrotną prędkość 3.7 węzła (zawrotną jak na wiatr 7 węzłów… :)). Nasze szczęście jednak nie trwało długo, bo chwilę później przestało wiać. Bo nie można nazwać wiatrem oddechu śpiącego Eola (daje to porywy do 3 węzłów wszystkiego). Idziemy zatem dalej na silniku.

Nasze poświęcenie i poranne wstawanie wynagradza nam za to Helios. Gdyby nie fakt, że tak wcześnie wstaliśmy, to nie mielibyśmy szansy na tak piękne powitanie dnia. Ostatniego dnia na greckiej ziemi.

11-0634

 
Nie mów hop przed zachodem słońca
2013-10-11 14:00
GPS: 37.832080 / 23.766120 Zdjęcia w Panoramio

Pobudka w nocy oraz świt na morzu oznaczały, że mamy mnóstwo wolnego czasu. A nie będziemy przecież iść do mariny skoro świt. W Atenach już byliśmy, choć na Akropol się nie dostaliśmy. A, że żołądek się obudził, to najwyższa pora coś zjeść.

W planach miałem taką zatoczkę i widząc wczesną godzinę postanowiliśmy zrobić sobie przerwę, zjeść śniadanko i miło spędzić jaką godzinkę czy dwie.

W tym celu udaliśmy się na z góry upatrzoną pozycję i o 9:50, po zbadaniu głębokości okolicznych wód oraz w miarę możliwości analizie dna, rzucamy kotwicę. Byliśmy już wprawni, więc poszło raz dwa. Jeszcze tylko naciąg testowy, czy dobrze trzyma i można wyłączyć katarynę.

Zjedliśmy, wygrzaliśmy stare kości i po 13:00 zaczynamy się zbierać. Ponieważ miałem się telefonicznie zameldować w marinie przed przybyciem, to korzystając z ciszy bez silnika dzwonię i melduję, że jesteśmy 6 Mm na S i będziemy za ok. 2 godzinki. Jeszcze tylko sobie pogratulowaliśmy udanego rejsu, ciesząc się, że wszystko poszło gładko i sprawnie. I że nawet z tą ciężką i trudną dla nas kotwicą daliśmy sobie radę.

Mając już wszystko przygotowane zabieramy się do odejścia. Standardowo idę do kotwicy jako siła F. Wszystko idzie sprawnie. Aż wreszcie napiął się łańcuch. Do głowy przychodzi mi od razu myśl, że trzeba ją będzie wyrwać pod innym kątem, bo się zakleszczyła. Zerkam przez wodę i patrzę za łańcuchem. hmm… No widzę ją… W skrócie, to przycumowaliśmy do jakiegoś betonowego bloku, który ktoś tu zatopił. Nie zauważyłem go wcześniej, bo zlał się z otaczającym piaskiem (a był tego samego koloru) i trawą, które to porastały gdzieniegdzie dno.

Przez kolejne 15 minut próbujemy różnych sztuczek z podchodzeniem od innej strony, tak, żeby ją wydobyć. Wszystkie próby bezkuteczne. Albo lina za krótka i nie dajemy rady wziąć ją od tyłu, albo za długa i trzeba uważać, żeby nie zaplątała się w śrubę. W końcu dajemy za wygraną, uznając, że trzeba się za to zabrać inaczej. Trzeba ją uwolnić.

Najpierw jednak dzwonię do mariny i informuję, że na głębokości 6 m zakleszczyła się nam kotwica. Dostałem w zasadzie krótkie pytanie Jak to zrobiłem? oraz info, że muszę sobie radzić teraz sam, bo jest za daleko. Podpytuję, czy w razie czego nie mają jakiegoś nurka, lub zaprzyjaźnionej jednostki w okolicy (są tu trzy inne mariny, z czego jedna w odległości jakichś 200-300 metrów). Na razie mam próbować sam, a jak się nie uda, to pomyślimy dalej. Dobra, przynajmniej wiem, na czym stoję - myślę.

Zanim jednak wlazłem do wody próbowaliśmy się skontaktować z okolicznymi marinami. Dzwoniliśmy pod telefony, które miałem w nawigacji, które były w internecie i takie tam. W zasadzie bezskutecznie. Nie chodziło nawet o to, żeby już kogoś ściągać (no, chyba, że był w pobliżu), ale o to, żeby wiedzieć, czy będzie jakieś wsparcie, gdyby mi się nie udało. Jak widać, wsparcie zerowe.

W zejściu na 6m nie ma niby nic przerażającego, ale nie wiedziałem, jak się zachowa mój organizm. Co z oddechem? Czy zejdę wystarczająco szybko, czy będę miał czas na dole, żeby ją uwolnić, czy nie wypłynę na powierzchnię w ostatniej chwili ledwo łapiąc oddech? Nie wiem, czy słusznie, ale właśnie o tym wtedy myślałem. Wiedziałem też, że nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować. Zakładałem, że zejdę na dół możliwie szybko po łańcuchu, ściągając się na dół. To samo z powrotem - nie tylko wyporność i płetwy, ale także wyciąganie się na łańcuchu.

Od co-skippera dostałem jeszcze wyciągniętego szota od genui, na którym zrobiłem sobie pętlę ratowniczą i założyłem na rękę. Tak asekuracyjnie, ale warto się zabezpieczyć.

Już piewrsze zanurzenie okazało się sukcesem. Jedyne na co narzekałem, to ciśnienie w uszach, które wyrównywałem poprzez dmuchanie w zatkany nos. Działało rewelacyjnie. Na sam dół dotarłem bardzo szybko. Okazało się, że kotwica nie wbiła się w blok, tylko leżała obok, tyle, że niefortunnie, i nie daje rady jej "wyrwać". Na wszelki wypadek nie walczę z nią i wracam po łańcuchu na powierzchnię. Tam przekazuję informację, że wszystko w porządku i że ją wyciągnę. Kolejne zanurzenie, łapię za kotwicę, wyciągam zza bloku i kładę na nim, na tyle daleko, żeby znowu nie spadła. Wyciągam się na górę i przekazuję, że można wyciągać. Jednak brak windy kotwicznej skutecznie to uniemożliwił. Pół załogi ciągnęło, ale rady nie dało. Szybko podpływam do platformy, gramolę się na łódkę. Jak już jestem na górze, to włączamy silnik, żeby nas nie zniosło (choć niebezpieczeństwa nie było, to trzeba być zabezpieczonym) i idę na dziób wciągnąć kotwicę.

Podsumowując operację, to od momentu wejścia do wody do wyciągnięcia kotwicy nie minęło chyba nawet 5 minut. Całość okazała się być dużo prostsza niż się obawiałem. Jasne, że plusem była przejrzystość wody, sprzyjająca temperatura, brak większego wiatru itp itd. Powiedzmy, że były to warunki treningowe. I że trening zakończył się pomyślnie :) Tak czy siak, zostałem domowym bohaterem :)

W ten oto sposób stwierdzenie "Nie mów hop póki…" towarzyszyło nam już do samego końca. A znając moją lubość do przeinaczania powiedzonek mógłbym stwierdzić Nie mów hop przed zachodem słońca...

 
"To już jest koniec, możemy iść"
2013-10-11 15:20
GPS: 37.915420 / 23.701970 Zdjęcia w Panoramio

I właśnie w tym momencie nastąpiło ostateczne zakończenie rejsu. Miejsce, gdzie mieliśmy zacumować znaleźliśmy bez problemu, zresztą na miejscu czekał już na nas komitet powitalny (jakieś 4 osoby, w tym lokalny menedżer, a dodatkowo mini-tanker z paliwem). Ledwo skończyliśmy parkować dostałem pytanie, czy coś jest popsute itp. Przypomniałem o burcie i kotwicy, ale to już wiedzieli na podstawie mojego niedzielnego telefonu i e-maila. Poinformowałem o pozostałych usterkach, które zauważyliśmy. I nim się obejrzałem już mieliśmy zatankowaną łódkę. Pozostało tylko zapłacić. Normalnie jakby moja połowa załogi się rozmnożyła :)

Obsługa MG yachts była sympatyczna, pogadaliśmy trochę na temat rejsu, trochę o planach na przyszłość, a w międzyczasie następowało zdanie łódki. Po jakichś 20-tu minutach było po wszystkim. Jeszcze tylko nurek i po godzince (długo kazał na siebie czekać :)) zostawiłem papiery i odebrałem kwitek z kaucją na karcie. Zgodnie z poprzednimi zapewnieniami, że sprawa obdrapanej burty to problem po ich stronie, całość odpowiedzialności przejeli na siebie. Prawda jest taka, że źle ją umocowali (praktycznie wcale), ale równie dobrze mogłem zrobić to po swojemu. Zresztą, robiłem tak już od Messalongion, gdzie zauważyłem, że spadła. Ani razu już się to nie powtórzyło. To taka moja prywatna nauczka, żeby jednak mieć ograniczone zaufanie. Nawet do tego, co zrobi armator czy firma czarterowa. I nawet nie chodzi o to, że obiła się burta. Równie dobrze, mogła nam wyrypać dziurę (i mogła się zacząć wlewać woda), lina lub łańcuch mogły się zaplątać w śrubę, mogliśmy nagle zakotwiczyć lub zahaczyć o coś na dnie. Każdy ze scenariuszy nieciekawy. Szczęśliwie, że zakończyło się tak jak się zakończyło. Nie byłoby tego wszystkiego jednak, gdyby była winda kotwiczna lub gdyby kotwica była porządnie przymocowana. A pierwszego dnia nie była.

Po przekazaniu łódki pojechaliśmy tramwajem do centrum, skąd jeden przystanek metrem i już jesteśmy pod Akropolem. Cóż, tym razem też się nie udało, choć byliśmy 15 minut przed zamknięciem (zamykali o 19:00, bo potem jest już ciemno). Niestety, o tej porze już tylko czekali, aż turyści zejdą z góry. Nowych nie wpuszczali. Jaki z tego wniosek? musimy przyjechać do Grecji jeszcze raz :)

Na pocieszenie udaliśmy się do znanej nam z poprzedniej wizyty knajpy: Smile i rodziny, która ją prowadzi.

Podsumowując rejs, to mogę uznać go za udany. Nie udała się nam sztuka opłynięcia Peloponezu. Byłaby to karkołomna przeprawa, ale przy pomyślnych wiatrach i zakładając płynięcie niemal non-stop - wykonywalna. Tyle, że niewiele byśmy pewnie zobaczyli oraz nie mieli zapasu czasu na nieprzewidziane sytuacje.

Z racji pogody tę drogę odpuściliśmy już przed przyjazdem do Lefkas. Obserwowaliśmy pogodę od dłuższego czasu i widzieliśmy co się tam dzieje. Zresztą, na taką okoliczność mieliśmy przewidziany awaryjny scenariusz - Kanał Koryncki. Różnica w stosnku do rzeczywistości była jednak taka, że nie spodziewaliśmy się takich nieprzyjaznych warunków w ciągu pierwszych dwóch dni.

W liczbach: przepłyneliśmy 232 Mm w czasie 76 godzin.

Dlaczego zatem udany?

  • Bo sporo się nauczyliśmy.
  • Bo Kanał Koryncki też był jednym z marzeń, a płynięcie nim w nocy jako jedyna łódka - niezwykłym przeżyciem.
  • Bo spotkaliśmy żółwia :-)
  • Bo brak windy kotwicznej nam nie przeszkodził i jednocześnie przygotował do sytuacji, gdy jej zabraknie. Okazało się, że nie jest to taką tragedią i można sobie radzić.
  • Bo poradziliśmy sobie z zakleszczoną kotwicą i teraz wiem, że głębokość 6 metrów to nie jest tak głęboko i że na dole jest mnóstwo czasu, żeby ją wydobyć. I nie trzeba być supermenem, czy trenować bezdechu.
  • Bo miło spędziliśmy czas, spotkaliśmy kilka sympatycznych osób.
  • Bo zdobyliśmy kolejne doświadczenie i nauki z nich płynące na pewno przydadzą się podczas realizacji kolejnych marzeń… a te już się gdzieś tam plączą po głowie i tylko czekają, aż ustalimy kolejność realizacji :)